Zacznijmy od tego, że Brazil w pełnej krasie zachwyca wizualną różnorodnością, żywą odważną kolorystyką oraz fantastycznymi komponentami. Na czele z kształtowanymi, drewnianymi znacznikami graczy oraz żetonami zasobów — pełen sztos! Wiele bym dał, żeby podobne standardy stosowano w większości znanych mi gier. Jeśli dodamy do tego solidną jakość tektury, tematyczne ilustracje oraz 12-stronicowy ilustrowany przewodnik historyczny, powodów do satysfakcji na pewno nie zabraknie. Brazil prezentuje się zacnie, ale jak mówi mądre przysłowie, nie wszystko złoto, co się świeci. Na minus słaba jakość kart oraz po części plastikowy, po części tekturowy insert, służący przechowywaniu komponentów. Niestety coś tak dziwnego, kłóci się z moim wysublimowanym poczuciem estetyki 🙂 Najgorsze, że ta teoretycznie lepsza — plastikowa część insertu kompletnie zawodzi. Wystarczy postawić pudełko bokiem, żeby źle zabezpieczone zasoby, wespół z kaflami budynków stworzyły wewnątrz opakowania niezły karnawał! Niestety dołączona do insertu pokrywka nie jest tym, na co z pozoru wygląda, potwierdzając tym samym starą prawdę, że w Brazylii trzeba uważać, w co się człowiek pakuje oraz drugą, że bez prewencyjnej gumki na miasto ani rusz.
Po rozłożeniu gry naszym oczom ukazuje się mapa, a na niej góry lasy, rzeki, stolice oraz zakryte kafle eksploracji. Jedna część planszy gracza zachwyca zestawem różnorodnych jednostek, druga zawiera miejsce na manufaktury oraz pałace. Jej przedłużeniem jest unikalna plansza z portretem naszego monarchy. Po obu stronach planszy głównej znalazło się miejsce na zasoby i kafle budynków, naprzeciw których leżą wyłożone w dwóch rzędach karty obrazów oraz cele końcowe trzech epok gry. Wszystko to sprawia wrażenie… hm, no właśnie czego?
Jeśli nadzieja szepce Wam do ucha o upragnionym 4X, to pora na zimny prysznic oraz solidnego plaskacza w twarz! Chyba że dostrzega w grze potencjał na rasową cywilizację? W takim razie… prysznic Was nie ominie, ale obijanie facjaty możecie sobie chwilowo darować. Powiedzmy sobie wprost, Świt Imperium z pewnością nie należy do gier stricte cywilizacyjnych, ale określenie „mała cywilizacja” pasuje do niej jak ulał. Przy czym „mała” nie odnosi się do jej gabarytów, czy potencjału, tylko niedoboru cech, które w istotnym stopniu gatunek ten definiują. Chodzi między innymi o ograniczony wybór frakcji, pominięcie drzewka technologicznego oraz brak różnic w rozwoju poszczególnych epok gry. Nie bez znaczenia jest również brak wydarzeń, niewielka skala eksploracji, czy marginalna interakcja, skutkującą praktycznie bezkonfliktową rozgrywką.
Największy nacisk w grze położono na rozwój ekonomiczny oraz pokojową ekspansję, co sprawia, że Brazil bliżej do tematycznego eurasa niźli rasowej gry cywilizacyjnej. Stąd duży wybór budynków produkcyjnych, możliwość ich elastycznej przebudowy oraz kilkanaście karty obrazów, wzmacniających właśnie ten aspekt rozgrywki. Nawet warunki celów kart misji, koncentrują się na ekonomicznych aspektach gry. Być może tego czy owego w Brazil brakuje, ale dla mnie stanowi brakujące ogniwo, pomiędzy małymi civkami „na godzinę”, a crème de la crème tego gatunku, jak Clash of Cultures, Monumental, TTA czy Cywilizacja Sida Meiera. Deklasując przy okazji kilka starszych semi-cywilizacyjnych tytułów, na czele z Nowym Początkiem (Civilization: A New Dawn) czy wiekową już Wojną Narodów.
Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.