Lekko i na temat

Brazil: Świt Imperium – recenzja!



Brazil: Świt Imperium – recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Brazil została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Lucrum Games. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
Zé Mendes
Ilustracje
Kilku artystów
Liczba graczy
2-4
Czas rozgrywki
90-130 min.
Wydawca
Lucrum Games
Rok wydania
2021
Ocena BGG
8.4 / 10
Moja Ocena
8 / 10
Wykorzystane Mechaniki: tile placement | tableau building | variable player owers | modular board


Sprawdź, co oferuje Brazil: Świt Imperium
  • Oprawę godną karnawału w Rio de Janeiro,
  • Przystępne zasady, dużą głębię rozgrywki i multum taktyczno-strategicznych decyzji,
  • Strategiczno-ekonomiczną hybrydę zgrabnie wplecioną w tematykę gier cywilizacyjnych,
  • Sporą różnorodności i regrywalność,
  • Wiele równorzędnych sposobów punktowania,


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop.

Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.


Brazylię wspominam z wielką nostalgią i podziwem. Szczególnie Canarinhos czasów Pelego czy mistrzowskie drużyny z 1994 i 2002 roku, zachwycające talentem, polotem i magią futbolu. Jednak dzisiejszych tekst nie dotyczy piłki nożnej czy Brazylii, jaką obecnie znacie. Ojczyzny Edsona Arantesa do Nascimento, Paulo Coelho oraz prześlicznej Gisele Bündchen. Kolebki samby, światowej stolicy karnawału, kolorowej, różnorodnej, ale też pełnej skrajności, biedy i korupcji. Dziś opowiem Wam historię sprzed 500 lat, a jeśli Was zaciekawi, być może sami napiszecie ją na nowo – po swojemu, a później jeszcze raz i kolejny…

Zapraszam Was na recenzję strategicznej gry Brazil: Świt Imperium, zaprojektowanej — jak wnoszę — przez oddanego brazylijskiego fana gry Scythe, ale do tego wątku jeszcze powrócę. Brazil to dopiero drugi projekt Zé Mendesa (José R. Mendesa), pierwszym  była gra o tematyce… piłki nożnej 🙂 Przypadek — nie sądzę!

Świt Imperium przenosi graczy do czasów wielkich odkryć (XV — XVI wiek) i światowej ekspansji terytorialnej ówczesnych europejskich potęg. Kolonializm nie ominął także mocno zacofanej Brazylii, pozostającej w cieniu swoich zachodnich sąsiadów. Zadaniem graczy będzie eksploracja oraz ekspansja dzikich, nieodkrytych jeszcze obszarów tej części świata, a także rozwój technologiczno-gospodarczy kolonii w prężnie działające państwa. Rozgrywka potrwa 3 ery, w których trakcie gracze będą budować, rozwijać, eksplorować, odkrywać i walczyć. A to wszystko dla ukochanych pezetów oraz w imię zdrowej planszówkowej rywalizacji.



Zacznijmy od tego, że Brazil w pełnej krasie zachwyca wizualną różnorodnością, żywą odważną kolorystyką oraz fantastycznymi komponentami. Na czele z kształtowanymi, drewnianymi znacznikami graczy oraz żetonami zasobów — pełen sztos! Wiele bym dał, żeby podobne standardy stosowano w większości znanych mi gier. Jeśli dodamy do tego solidną jakość tektury, tematyczne ilustracje oraz 12-stronicowy ilustrowany przewodnik historyczny, powodów do satysfakcji na pewno nie zabraknie. Brazil prezentuje się zacnie, ale jak mówi mądre przysłowie, nie wszystko złoto, co się świeci. Na minus słaba jakość kart oraz po części plastikowy, po części tekturowy insert, służący przechowywaniu komponentów. Niestety coś tak dziwnego, kłóci się z moim wysublimowanym poczuciem estetyki 🙂 Najgorsze, że ta teoretycznie lepsza — plastikowa część insertu kompletnie zawodzi. Wystarczy postawić pudełko bokiem, żeby źle zabezpieczone zasoby, wespół z kaflami budynków stworzyły wewnątrz opakowania niezły karnawał! Niestety dołączona do insertu pokrywka nie jest tym, na co z pozoru wygląda, potwierdzając tym samym starą prawdę, że w Brazylii trzeba uważać, w co się człowiek pakuje oraz drugą, że bez prewencyjnej gumki na miasto ani rusz.

Po rozłożeniu gry naszym oczom ukazuje się mapa, a na niej góry lasy, rzeki, stolice oraz zakryte kafle eksploracji. Jedna część planszy gracza zachwyca zestawem różnorodnych jednostek, druga zawiera miejsce na manufaktury oraz pałace. Jej przedłużeniem jest unikalna plansza z portretem naszego monarchy. Po obu stronach planszy głównej znalazło się miejsce na zasoby i kafle budynków, naprzeciw których leżą wyłożone w dwóch rzędach karty obrazów oraz cele końcowe trzech epok gry. Wszystko to sprawia wrażenie… hm, no właśnie czego?

Jeśli nadzieja szepce Wam do ucha o upragnionym 4X, to pora na zimny prysznic oraz solidnego plaskacza w twarz! Chyba że dostrzega w grze potencjał na rasową cywilizację? W takim razie… prysznic Was nie ominie, ale obijanie facjaty możecie sobie chwilowo darować. Powiedzmy sobie wprost, Świt Imperium z pewnością nie należy do gier stricte cywilizacyjnych, ale określenie „mała cywilizacja” pasuje do niej jak ulał. Przy czym „mała” nie odnosi się do jej gabarytów, czy potencjału, tylko niedoboru cech, które w istotnym stopniu gatunek ten definiują. Chodzi między innymi o ograniczony wybór frakcji, pominięcie drzewka technologicznego oraz brak różnic w rozwoju poszczególnych epok gry. Nie bez znaczenia jest również brak wydarzeń, niewielka skala eksploracji, czy marginalna interakcja, skutkującą praktycznie bezkonfliktową rozgrywką.

Największy nacisk w grze położono na rozwój ekonomiczny oraz pokojową ekspansję, co sprawia, że Brazil bliżej do tematycznego eurasa niźli rasowej gry cywilizacyjnej. Stąd duży wybór budynków produkcyjnych, możliwość ich elastycznej przebudowy oraz kilkanaście karty obrazów, wzmacniających właśnie ten aspekt rozgrywki. Nawet warunki celów kart misji, koncentrują się na ekonomicznych aspektach gry. Być może tego czy owego w Brazil brakuje, ale dla mnie stanowi brakujące ogniwo, pomiędzy małymi civkami „na godzinę”, a crème de la crème tego gatunku, jak Clash of Cultures, Monumental, TTA czy Cywilizacja Sida Meiera. Deklasując przy okazji kilka starszych semi-cywilizacyjnych tytułów, na czele z Nowym Początkiem (Civilization: A New Dawn) czy wiekową już Wojną Narodów.



Mechanika gry czerpie garściami z bardzo znanej, niezwykle lubianej, choć w mojej ocenie lekko przecenionej Kosy. Jeśli znacie, lubicie i graliście w Scythe, to Brazil stoi przed Wami otworem. W szczególności dotyczy to fazy wyboru akcji (wzmocnionej ulepszeniami) oraz produkcji zasobów, które umieszczamy bezpośrednio na planszy lub budynkach. W mniejszym stopniu również rozwoju ekonomicznego, ekspansji terytorialnej, marginalnej interakcji oraz ogólnego feelingu gry. Omija za to podobieństwa fazy ruchu, która w grze Pana Zé Mendesa, jest integralnym elementem każdej akcji. Dzięki temu gracze mają poczucie większej mobilności oraz swobody ruchów.

Czy pomimo tej drobnej różnicy, obie gry są do siebie aż tak niepokojąco podobne? Nie, na całe szczęście nie! Trudno nie dostrzec cech wspólnych, ale to zaledwie fragment mechaniczno-tematycznej różnorodności Brazil. Jej przewaga wynika z tego, że pojawiła się znacznie później, co czyni ją ciekawszą, a także bardziej różnorodną i nowoczesną — szczególnie w sferze mechaniki. Odpuśćmy jednak dalsze porównania, koncentrując uwagę tam, gdzie należy, czyli na dawno wyczekiwanej nowości od Lucrum Games.



Wprowadzenie w szczegółowe arkana gry może potrwać dłuższą chwilę (30-40 min), kiedy jednak gracze ruszą wreszcie na podbój dziewiczej Brazylii, będą płynąć z prądem, niczym lekkie kanu po dzikich dorzeczach Amazonii. Nic w tym dziwnego, akcje są proste i szybkie, a decyzje często uzależnione od posiadanych zasobów. Głównym targetem graczy jest rozwój ekonomiczny, napędzany budynkami produkcyjnymi oraz kartami obrazów. Dobrze rozwinięta ekonomia, to klucz do sukcesu, czyli dalszej ekspansji oraz perspektywy wysokiego wyniku punktowego. Pytanie tylko, czy to wystarczyć, szczególnie kiedy nasi rywale eksplorują i rosną w siłę? Specjalizacja może stanowić o końcowej przewadze, ale to za sprawą równomiernego rozwoju osiągamy stabilizację militarną, zwiększamy efektywność akcji, wyruszamy na eksplorację kontynentu, albo realizujemy karty celów gry.

To właśnie wspomniana różnorodność — niewymuszona i naturalna — stanowi o sile tej barwnej semi-cywilizacyjnej gry planszowej. Doceniam Brazil za wszechobecne poczucie swobody oraz strategiczną elastyczność towarzyszącą każdej rozgrywce. Mogę robić, co chcę i kiedy mam na to ochotę. Jeśli mam taki kaprys, to werbuję piechura i gram metodą na „Lolasa” 🙂 , zapieprzając eksploracyjnym sprintem od krańca do krańca mapy. Szukając punktów, zasobów i przewag, jakie oferują niektóre kafle eksploracji — po prostu czysty fun! Jeżeli eksploracja mi nie leży, buduję lub sięgam po karty obrazów — jeden z moich ulubionych aspektów rozgrywki. Za ich sprawą wzmacniam się ekonomicznie lub militarnie, a czasem zyskuję unikalne zdolności. Dla mechanicznej symbiozy, strategicznych przewag oraz alternatywnych sposobów punktowania. Mogę postawić na rozwój armii, strasząc współgraczy przejęciem ich budynków, miast czy zasobów. Zainwestować czas oraz środki w upgrade poszczególnych akcji, rozwijając kolejne manufaktury, handlować zasobami, albo… Skupić się na realizacji trzech kart celów, kontrolując w ten sposób tempo i timing rozgrywki. Zyskując element zaskoczenia, bonusy za wybudowane pałace oraz szansę na szybkie zakończenie gry.

Niezależnie od przyjętej strategii warto pamiętać, że Brazil nagradza różnorodność w iście ekonomiczny stylu — popularną sałatką punktową. Może nie taką, jaką oferują klasyczne eurasy, ale niewiele jest tu elementów, których w oczywisty sposób zapunktować się nie da, wliczając w to nawet jednostki wojskowe! Jak na cywilizacyjno-ekonomiczną hybrydę przystało, punkty ścielą się gęsto, przekraczając często pułap 70, a nawet 80!



Żeby jednak nie było zbyt pięknie, muszę wspomnieć o kilku trapiących grę problemach. Pierwszym jest niewielka liczba kart obrazów. Jest ich tak mało, że niektóre talie kończą się, zanim zdążę dopić pierwsze piwo, a za kołnierz nie wylewam! Uwielbiam karty obrazów, ich wpływ na rozgrywkę oraz delikatna asymetryczność. Lubię też, kiedy ich znajomość zapewnia mi strategiczną przewagę, ale przy tak cienkich taliach, wiedza ta może negatywnie wpływać na rozgrywkę. Tu się aż prosi o szybki dodatek!

Pewnym problemem jest dla mnie również semi modułowa mapa gry. Nie zrozumcie mnie źle, technicznie rzecz biorąc jest modułowa, ale… Cały cymes polega na tym, że układamy ją wyłącznie na podstawie predefiniowanych ustawień, a tych jest mało — zaledwie 2-3 per liczba graczy. Kiedy wszystkie poznamy, po cichu wkrada się powtarzalność. Wprawdzie twórcy pracują nad kolejnymi, ale brak wytycznych do tworzenia własnych, jest w moim odczuciu piętą achillesową, tego ja się wydawało elastycznego rozwiązania.

Kolejny problem dotyczy wariantu solo, który jest tak zły, że mógłbym się nad nim pastwić bez końca, ale tego nie zrobię. Poprzestanę jedynie na krótkim ostrzeżeniu. Jeśli lubisz gry solo, nie idź tą drogą, nie znajdziesz tam niczego, poza ekstremalnym rozczarowaniem!

Ostatnim mankamentem, o który wypada wspomnieć w kontekście rozgrywek wieloosobowych, jest walka! Hm… że co proszę? Naprawdę cenię w Brazil to dominujące wrażenie zimnej wojny, ale to nie może być wszystko. Tam musi być drugie dno! Na co graczom asymetryczność oraz unikalne zdolności jednostek, skoro to tylko kapiszony — zwykłe straszaki? To prawda, że w pierwszej fazie rozgrywki przydają się do eksploracji, ale później ich rola została sprowadzona do biernej asekuracji. Dzieje się tak dlatego, że ataki nie dają wymiernych korzyści — żadnych natychmiastowych punktów, gwarantowanych zasobów czy bonusów. Po co więc ryzykować, skoro walka nic nie daje, a jej wynik jest sprawą otwartą. Przecież siła graczy to nie tylko suma wartości jednostek oraz posiadanych modyfikatorów, ale także niejawnych kart militarnych. W ten oto sposób ryzyko przewyższa korzyść, a ciekawa oraz intuicyjna mechanika walki, dosłownie ląduje na marginesie rozgrywki. Pilnuj swojego tyłka — to motto, które towarzyszy każdej partii. Szkoda, widzę tu spory potencjał. Kilka drobnych zmian w zasadach i rodzi się całkowicie nowa strategia. Liczę, że w niedalekiej przyszłości pojawią się zasady, które pozytywnie wpłyną na interakcje oraz podniosą militarne znaczenie jednostek.



Pare! Dość już tego narzekania. Brazil to kawał świetnej strategii, ubranej w ciekawy temat oraz iście karnawałowe szaty. To prawda, że jest kolorowo, ale jest też czytelnie i przejrzyście. Gra oferuje szeroki wachlarz taktyczno-strategicznych wyborów oraz pakiet zaskakująco przystępnych, intuicyjnych zasad. Rozgrywka jest odpowiednio rozbudowana i różnorodna, a przy tym odporna na nudę oraz downtime. Ale najważniejsze jest to, że granie w Brazil sprawia mi wielką frajdę. Wciąż czuję niedosyt, a z nim potrzebę kolejnej konfrontacji. Więc odkładam recenzję na później i gram, kiedy tylko nadarzy się okazja.

Po 9 partiach przyszedł wreszcie czas na werdykt, a ten może być tylko jeden. Brazil to dobrze przemyślana, bardzo satysfakcjonująca strategiczno-ekonomiczna hybryda, ukryta pod płaszczykiem gry cywilizacyjnej. Sprawdza się w każdym gronie i liczbie graczy, niezależnie od preferencji czy doświadczenia. Jest naprawdę szybka (30 minut na gracza), intensywna i angażująca. Chociaż koncentruję się na ekonomii, nie brak jej różnorodności cechującej nawet najlepsze gry cywilizacyjne. Zasługuje więc na pochwały oraz mocne 8/10!

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Canvas: Lustrzane Odbicia – recenzja!



Canvas: Lustrzane Odbicia – recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Canvas: Lustrzane Odbicia została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Aweken Realms. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
J. Chin, A. Nerger
Ilustracje
Luan Huynh
Liczba graczy
1-5
Czas rozgrywki
30-45 min.
Wydawca
Aweken Realms
Rok wydania
2021
Ocena BGG
7.9 / 10
Moja Ocena
8 / 10
Wykorzystane Mechaniki: hand management | set collection | card drafting


Sprawdź, co oferuje Canvas: Lustrzane Odbicia
  • Cudowną jakość wykonania i nietuzinkowy pomysł z przezroczystymi kartami,
  • Ciekawy twist set collection związany z łączeniem kart i dostępnych symboli,
  • Jeszcze jeden twist, tym razem związany z rotacją kart i możliwością ich lustrzanego odbicia,
  • Znakomite dopełnienie, nietuzinkowej gry rodzinnej,
  • Nową planszę do gry, warunki punktowania oraz kolejne pudełko, które może ozdobić naszą ścianę w salonie.


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop.

Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.


Nie wiem ja u Was, ale moim największym planszówkowym wrogiem jest… czas! To złośliwa menda, z którą nie sposób się dogadać. W trakcie grania mija szybko i nieubłaganie, ale kiedy pracuję, rusza się niczym mucha w smole, udowadniając, że jest zwykłym chujkiem. Przepraszam za słownictwo, ale z czasem trzeba twardo. Jak mu się nie postawisz, to już na zawsze pozostaniesz jego…

Wiecie, kiedy ten nicpoń najmocniej daje mi w kość? Jak wyczekuje wydania upragnionej gry, a czas robi wszystko, żeby mi w tym przeszkodzić. Wymyśla podatki, kontroluje statki i robi zapory na Kanale Sueskim. Nie inaczej było w przypadku gry Canvas, którą zrecenzowałem dla Was już pod koniec kwietnia ubiegłego roku. Tyle miesięcy oczekiwania na polską edycję, tak wiele nienamalowanych obrazów. W znoju i trudzie, pracy i brudzie… z tym ostatnim trochę przesadziłem, ale zapewniam Was, łatwo nie było! Kiedy ja cierpiałem, czas bawił się w najlepsze, przeciągając z byle powodu. Na szczęście wyczekałem gnoja i oto po kilku miesiącach nadszedł upragniony dzień, w którym mogę opowiedzieć Wam o dodatku do gry Canvas pod tytułem Lustrzane Odbicia.



Dodatek dotarł do mnie na dwa tygodnie przed podstawką, rzutem na taśmę łapiąc się jeszcze w poprzedni rok kalendarzowy. Na szczęście na podorędziu miałem już przygotowaną Kickstarterową rezerwę i bez zbędnych ceregieli mogłem zająć się ogrywaniem najnowszego nabytku. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście unboxing. Kiedy moim oczom ukazały się komponenty, wiedziałem już, że… jest dobrze! Zgodnie z przewidywaniami polska edycja w niczym nie ustępuje angielskiej, może za wyjątkiem Kickstarter Exclusives, które jak to zwykł mawiać mój kumpel „dupy nie urywają”.

W pudełku z Lustrzanymi Odbiciami znajdziemy przede wszystkim prawdziwą planszę do gry. Prawdziwą, czyli taką, której nie sposób pomylić z serwetką :). Oprócz tego kilkadziesiąt ładnych tekturowych znaczników oraz karty. Te ostatnie — najmocniej wyczekiwane — cieszą najbardziej. Jakość kart, podobnie do reszty komponentów prima sort, aż się człowiekowi mordka szczerzy od ucha do ucha. Pudełko stanowi kontynuację wizualnej kompozycji podstawki i podobnie jak ona, posiada specjalne wcięcie służące do zawieszenia na ścianie. Ja się na taką okoliczność jaram i zamierzam borować dziury, za to żonę na samą myśl trafia szlag. Ale jak mówi znane planszówkowe przysłowie, co może wisieć, na Kallaxa nie trafi.



Pierwsza okazja do rozgrywki nadarza się jeszcze tego samego dnia. Szybki przegląd zasad, krótki setup i możemy tworzyć wybitne dzieła sztuki. Nowa plansza zapewnia miejsce na karty punktacji, wstęgi we wszystkich sześciu kolorach oraz aż 8 slotów na karty sztuki. W to mi graj, więcej slotów oznacza większy wybór, a z nim wiąże się mniejsza losowość. Początki są trudne, talent buzuje niczym mentos w coli, ale widać brak wprawy. Pół roku bez pędzla i sztalugi odcisnęło swoje piętno.

Pojawiają się nowe dwustronne karty sztuki, którymi można zarządzać w sposób, jakiego ta gra dotychczas nie znała. Prosty twist, potrzebny niczym lampka dobrego wina pijanemu kiperowi po gównianym dniu w robocie. Prostota i elegancja w jednym. Zasada działania dwustronnych kart jest banalna. Kiedy je obracamy, uzyskujemy efekt lustrzanego odbicia. Symbole pozostają niezmienne, zmienia się tylko ich położenie. To ułatwia planowanie oraz budowanie udanego set collection, zwiększając tym samym szansę na solidne oceny jury. Warto dodać, że choć ilustracje po obu stronach nowych kart sztuki mają ten sam kształt, to różnią się stylem i są niepowtarzalne. Z jednej strony bardzo radosne, z drugiej zazwyczaj ciut mroczne — drobiazg, który bardzo cieszy!

Dodatkowe karty, to także kolejny sposób punktowania, tym razem za złote wstęgi. Punkty otrzymujemy na zasadach podobnych jak przy srebrnych wstęgach, ale tym razem symbole muszą sąsiadować z warunkiem punktowania. To znacznie utrudnia ich realizację, dlatego złote wstęgi warte są aż 3 punkty zwycięstwa!

Jednak Lustrzane Odbicia to nie tylko nowe elementy obrazów, ale także bardzo istotne karty końcowego punktowania. Wraz z pojawieniem się dodatku, do dyspozycji graczy oddano 8 nowych warunków, co oznacza, że łącznie z grą podstawową jest ich aż 20! To gwarancja niesamowitej wręcz regrywalności, szczególnie w połączeniu z nowymi kartami sztuki. Na szczęście wydawca nie zapomniał również o graczach utyskujących na marginalną rotację kart. Pojawiły się oficjalne zasady dotyczące rotacji w wariancie solo i dla 2 graczy. Ktoś tu słucha graczy — przyjemna odmiana.



Po zakończeniu pierwszej rozgrywki czułem, że nowe komponenty oraz zmiany w zasadach wyszły grze na dobre. Po kolejnym pięciu jestem przekonany, że Lustrzane Odbicia są wspaniałym dopełnieniem bardzo udanej podstawki. Do tego stopnia, że ciężko mi sobie wyobrazić granie bez nich. Nie dlatego, że podstawka jest niewystarczająco dobra, co to, to nie. Jest świetna, mechanicznie odkrywcza i sprawia duży fun, ale… Dodatek jest dla niej niczym Żwirek dla Muchomorka albo Sasin dla dziury budżetowej — uzupełniają się wzajemnie. Zdejmuje z gry ciężar sporadycznej, acz irytującej losowości, zwiększając przy tym liczbę wyborów oraz zapewniając graczom tak potrzebną elastyczność. Warto zauważyć, że szkielet rozgrywki pozostał nienaruszony, to dalej ten sam nietuzinkowy set collection, tylko jeszcze lepiej doprawiony, a przez to bardziej smakowity.

Na rynku pojawia się coraz więcej gier, aspirujących do miana planszówkowych dzieł sztuki. Wzbudzają zachwyt nie tylko wśród graczy, ale również osób postronnych, w żaden sposób z grami planszowymi niezwiązanych. Delektujemy się ich wyglądem, podziwiając jakość wykonania, koncept graficzny oraz artystyczny kunszt ich twórców. Canvas nie tylko aspiruje do miana planszówkowej sztuki, ale jest też czymś więcej. Pozwala graczom poczuć się częścią tego procesu, dając szansę na tworzenie kompozycji, o niesamowitych i niepowtarzalnych walorach estetycznych. To nie tylko gra, to również zabawa formą i kompozycją w stopniu, jakiego obecnie nie zapewnia żaden inny tytuł. Bez presji wyników, zdobytych punktów oraz odniesionych zwycięstw.

Dlatego warto mieć Canvas w swojej kolekcji, czy to z dodatkiem, czy bez. Teraz możecie się poczuć jak Picasso, Van Gogh, Dali, kreując jednocześnie sztukę i punkty. Podstawka jest super, ale dodatek… Dodatek jest zajebisty i z pewnością wart swojej ceny! Kupujcie więc póki jest, bo kiedy go zabraknie, pozostanie Wam tylko płacz, lament i zakup z rynku wtórnego, a wiemy, czym to się zazwyczaj dla naszego portfela kończy.

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Paleo – recenzja!



Paleo – recenzja!



Projekt
Peter Rustemeyer
Ilustracje
Ingram Schell, Dominik Mayer
Liczba graczy
1-4
Czas rozgrywki
30-75 min.
Wydawca
Lucky Duck Games
Rok wydania
2021
Ocena BGG
7.9 / 10
Moja Ocena
9 / 10
Wykorzystane Mechaniki:  cooperative Game | scenario/mission | simultaneous action selection


Sprawdź, co oferuje Paleo
  • Klimatyczną oprawę oraz wysokiej jakości komponenty,
  • Kooperacyjny format rozgrywki, z wyraźnie wyczuwalną warstwą strategiczną,
  • Niesamowitą regrywalność opartą na kilkunastu unikanych, różnorodnych deckach kart,
  • Ciągłe poczucie zagrożenia oraz presji czasu (szczególnie w wariancie solo),
  • Świetne skalowanie, niezwykła różnorodność i niemożliwy do opisania feeling rozgrywki,


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop.

Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.


Mieszkam w Polsce od urodzenia, czyli stosunkowo długo 🙂 . W tym czasie przeżyłem sporo narodowych kryzysów i politycznych zawirowań, włączając w to stan wojenny. Tu nigdy nie było El Dorado, ale dopiero od niedawna odnoszę wrażenie, że w trybie przyspieszonym cofamy się do paleolitu. Może właśnie dlatego tak gładko wszedłem w tematykę gry Paleo, opowiadającej o znojach, trudach oraz codzienności naszych praprzodków. Chyba po prostu poczułem się jak przysłowiowa ryba w wodzie 🙂 .

Nie bez kozery Paleo określane jest potocznie mianem małego Robinsona Crusoe. Robinsona, którego od lat mam i niezmiennie lubię, chociaż uznaję wyłącznie w wariancie solo. Pomimo odmiennej tematyki, bardziej rodzinnego targetu graczy oraz odczuwalnych różnic mechanicznych, obie gry mają kilka istotnych cech wspólnych. Podobny feeling, mocno wyczuwalny survivalowy klimacik, kooperacyjny format rozgrywki oraz karty. To oczywiście ogromne uproszczenie, co potwierdzi niemal każdy, kto miał okazję poznać obie z wymienionych gier, ale nie pozbawione ziarna prawdy. Jeśli więc odbiliście się od Robinsona niczym politycy od moralności, albo macie poczucie, że to dla Was za wysokie progi, to na kłopoty polecam Paleo! No dobrze, ale czym do neandertalczyka jest całe to Paleo?



Paleo to karciana, kooperacyjna, survivalowa gra o przetrwaniu w epoce kamienia łupanego. Tym, co wyróżnia ją na tle konkurencji, jest niesamowita różnorodność (modularny system decków), dzięki której ma szansę trafiać w bardzo szerokie grono odbiorców. Jeszcze miesiąc temu tytuł ten kompletnie nic mi nie mówił. Sprawiał wrażenie dziecinnego, dlatego szybko znalazł się poza radarem gier, który nawet bez Paleo wygląda jak nieustający atak na Pearl Harbor. Kiedy po wielu zawirowaniach gra nareszcie pojawiła się na sklepowych półkach, wciąż żyłem w błogiej nieświadomości, z której obudził mnie przypadek. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ten prehistoryczny niezwykły koncept od Lucky Duck Games wcale nie jest dziecięcą popierdółką, ale kooperacją przez duże „K”!

Od pierwszego kontaktu Paleo zachęca klimatyczną oprawą, jakością wykonania, kształtowanymi zasobami, trójwymiarowymi komponentami, ale przede wszystkim mnogością kart. Jest ich multum (ponad 220), są sercem oraz duszą gry, chociaż ich jakość pozostawia lekki niedosyt. To na nich opiera się core mechaniki, to za ich przyczyną Paleo jest tak zajebiście różnorodna i regrywalna. Karty podzielone są na kilkanaście mniejszych decków. Część z nich stanowi bazę każdej rozgrywki (karty podstawowe, członkowie plemienia, sny, pomysły i tajemnice), inne dobierane są rotacyjnie, w zależności od preferencji lub umiejętności graczy.

Do naszej dyspozycji oddano aż 10 modułów (12 z bonusowymi deckami), które można niemal dowolnie miksować. W pojedynczej rozgrywce używamy zaledwie 2-3, a to oznacza niesamowitą liczbę wariacji oraz niemal nieograniczoną regrywalność! Moduły gwarantują duże zróżnicowanie poziomu trudności, zapewniając przy tym odczuwalnie różne wrażenia z rozgrywki. Okazuje się, że poszczególne moduły odkrywają przed nami nie tylko nowe karty, zasady i mechaniki, ale również tematyczne wątki, tworząc coś na kształt obrazkowej mikro opowieść.



Pomimo że rozgrywka opiera się niemal wyłącznie na kartach, próżno szukać w niej mechanicznych związków z deck builderami, albo rozbudową karcianego tableau. Wprawdzie obie mechaniki należą do moich ulubionych, ale to właśnie ich brak sprawia, że Paleo jest tak niesztampowa i wyjątkowa. Rozgrywka opiera się na wspólnym decku kart, podzielonym po równo pomiędzy wszystkich graczy. Decku zawierającym miks nieznanych kart miejsc, skierowanych rewersami ku górze. I to właśnie na podstawie ilustracji wspomnianych rewersów, gracze będą decydować o kolejności ich zagrywania.

Ilustracje należy traktować jak wskazówki, dzięki którym gracze mogą wspólnie planować sekwencję działań nawet na kilka tur do przodu. Każda tura przebiega podobnie, zaczynając od zagrania kart (1 per gracz), odkrycia, a następnie rozpatrzenia w dowolnej kolejności. Musicie wiedzieć, że Paleo to niezwykle rzadkie połączenie długofalowej strategii z twistem przypominającym mechanikę push your luck, tylko w mikro skali. Niektórzy są zdania, że to całkiem udana symbioza, choć ja tak nie uważam. To słowo nie odzwierciedla prawdziwej zajebistości wspomnianego rozwiązania.

Kluczem do sukcesu jest współpraca, umiejętne planowanie oraz szczypta szczęścia, bez której nawet najlepsza strategia może wziąć w łeb. Awersy kart zazwyczaj w istotnym stopniu odpowiadają ilustracjom ich rewersów, ale jak to w grach o przetrwanie często bywa, diabeł tkwi w szczegółach. W trakcie rozgrywki gracze mogą tworzyć pomysły, craftować przedmioty, śnić o dobrych rzeczach, czy zwiększać liczebność plemienia. Mogą również wpaść w sidła, natrafić na niespodziewane zagrożenie, nieoczekiwane przeciwności, albo zwyczajnie nie sprostać wymaganiom na kartach. Dlatego tak istotne jest odpowiednie przygotowanie i współpraca, bez których dobry wynik pozostanie prawdopodobnie w sferze marzeń.

Kiedy skończą się karty, gracze przechodzą do fazy nocy, w której następuje żywienie oraz spełnienie wymogów kart celów, uzależnionych od wykorzystanych w grze modułów. Jeśli przetrwali, tasują, a następnie ponownie dzielą pomiędzy siebie deck kart miejsc, uszczuplony o karty, które po rozpatrzeniu wymagały odrzucenia z gry. Gra kończy się na dwa sposoby, przegraną lub wygraną graczy — obie są natychmiastowe. Przegrywamy jeśli otrzymamy piąty żeton czaszki, oznaczający zazwyczaj szczyt naszej kooperacyjnej niekompetencji. Niezwykle zabawny jest za to warunek zwycięstwa, polegający na stworzeniu 5-elementowego, skalnego malowidła mamuta.



Paleo okazało się moim największym zaskoczeniem ubiegłego roku, pomimo że poznałem ją dopiero w przeddzień Wigilii. Gra Petera Rustemeyera zaskoczyła nietuzinkową, dobrze przemyślaną mechaniką, świetnym feelingiem, wszechobecnym klimatem, poczuciem ciągłego zagrożenia oraz nieustanną walki o przetrwanie. Uwielbiam sposób, w jaki gracze zarządzają kartami, wspólnie planując, optymalizując i koordynując działania. Twist związany z rewersami kart jest po prostu boski, a przy tym bardzo tematyczny, podobnie zresztą jak pozostałe aspekty rozgrywki. Ciągła decyzyjność, co zagrać, a co odrzucić, w jakiej kolejności, jakie będą tego konsekwencje? Tyle wątpliwości, tak mało czasu 🙂 . To wszystko zamknięte w krótkiej, maksymalnie 70-minutowej, ale bardzo intensywnej i angażującej rozgrywce. Zauważyłem również, że mechanika gry stara się w pewnym stopniu zapobiegać syndromowi gracza Alfa, ale w tym względzie wiele zależy od nas samych.

To gra skrojona na każdą miarę, a mając na względzie regrywalność, również na każdą kieszeń. To znakomity tytuł rodzinny, fantastyczny gateway, a jednocześnie wymagająca i satysfakcjonująca propozycja dla bardziej zaawansowanych graczy. Raczej nie polubią jej przeciwnicy gier kooperacyjnych, za to reszta z Was,, powinna dać jej szansę! Paleo sprawia bardzo niepozorne wrażenie, ale musicie wiedzieć, że potrafi być nie lada wyzwaniem, nawet w najprostszej konfiguracji, o trudniejszych nie wspominając. Jest oczywiście kilka wariantów ułatwiających oraz utrudniających rozgrywkę, ale okazji, żeby z nich skorzystać, jeszcze nie miałem. Sporo wiem natomiast o skalowaniu i oświadczam, że Paleo działa bez zarzutu w każdej konfiguracji graczy! Chociaż w większym gronie odczucia z gry są troszkę lżejsze, niż w moim ulubionym 2-osobowym wariancie rozgrywki. To również genialne, a przy tym niesamowicie wymagające wyzwanie solo, z nieznanych powodów pominięte na oznaczeniach pudełka. Tryb jednoosobowy jest zdecydowanie najbardziej angażujący, a przy tym zdecydowanie najtrudniejszy. Frustracja z ciągłych porażek nie nastraja optymistycznie, ale gra wciąga niczym chodzenie po bagnach. Zdecydowanie polecam planszówkowym masochistom 🙂 .

Paleo nieodzownie kojarzy mi się z prześmieszną animacją Krudowie, a najbardziej z głową ich rodu, nadopiekuńczym Grugiem. Teraz już rozumiem, przez co ten biedaczyna musiał przechodzić. Sceny z jego udziałem wyglądają jak żywa reklama Paleo. Zazwyczaj kompletnie nie pojmuję wyborów niemieckiej kapituły dla corocznych nagród Spiel des Jahres, ale w tym roku zgadzam się z nią w pełnej rozciągłości. Paleo absolutnie zasłużenie zdobyło nagrodę Kennerspiel des Jahres, czyli zaawansowanej gry planszowej 2021 roku. Kupujcie więc i grajcie, dopóki jest jeszcze dostępna, bo to naprawdę zacny tytuł.

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Spór o Bór – recenzja!



Spór o Bór – recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Spór o Bór została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Muduko. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
Reiner Knizia
Ilustracje
 Piotr Sokołowski
Liczba graczy
2
Czas rozgrywki
20-30 min.
Wydawca
Muduko
Rok wydania
2021
Ocena BGG
7.3 / 10
Moja Ocena
7 / 10
Wykorzystane Mechaniki: hand management | set collection


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop. Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

Sprawdź, co oferuje Spór o Bór:
  • Proste, bardzo przystępne zasady, połączone z szybkim setupem i krótkim czasem rozgrywki,
  • Przepiękna oprawa graficzna, wprowadzająca do gry szczyptę klimatu, 
  • Dwa warianty rozgrywki, przeznaczone dla mniej lub bardziej zaawansowanych graczy,
  • Bardzo ciekawy, różnorodny zestaw kart specjalnych,
  • Taktyczno-strategiczny charakter rozgrywki,
  • Zaskakująco duża regrywalność zamknięta w niewielkiej talii kart i prostych zasadach,

.

..

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.






W naszej licznej, bo ponad 20-osobowej grupie, Pan Reiner Knizia jest zaskakująco częstym tematem rozmów. Co ciekawsze, jest to jedyna znana mi grupa, w której to nazwisko budzi jakiekolwiek zainteresowanie. Powiem więcej, mamy nawet nieformalny fan klub Reinera, zrzeszający Kniziowych ultrasów, z trudem równoważony przez skromną mniejszość graczy, o skrajnie odmiennych opiniach. Są również tacy, którzy twierdzą, że żywię do Reinera Knizia niezdrową awersję, ale to nieprawda. Szanuję tego Pana za ogromny wkład w rozwój gier planszowych oraz kilka bardzo udanych projektów, stworzonych na przestrzeni trzech dekad działalności.

Kłopot w tym, że od wielu, wielu lat, poza Wyprawą do El Dorado nie stworzył niczego znaczącego, a o jego sukcesach niemal zawsze mówi się w czasie przeszłym. Jasne, że wydaje dużo i często, ale ma irytujący zwyczaj serwowania odgrzewanych kotletów, na które najczęściej szkoda czasu i pieniędzy. Fani zapewne powiedzą, że to potwarz i pomówienie, dostrzegając kunszt mistrza Reinara, ukryty głęboko w symbolicznych zmianach i drobnych twistach. Szkoda, że ów mistrz rozmienił talenty na drobne, stawiając na ilość, zamiast jakości. Szkoda tym większa, że w pełni uzasadniona, czego najlepszym dowodem recenzja jednego z klasyków Knizii, znanego większości graczom pod tytułem Schotten Totten. Dziś opowiem Wam o grze Spór o Bór, czyli pięknym wznowieniu tej cenionej karcianki z 1999 roku, wydanej nie tak dawno za sprawą wydawnictwa Muduko.

Spór o Bór to taktyczna 2-osobowa gra karciana, w której gracze rywalizują o tytuł Władcy Wielkiej Puszczy, stając do Wielkiego Pojedynku o kontrolę nad polanami. Do walki wysyłać będą doborowe jednostki zwierząt, tworząc z nich armie, zdolne pokonać nawet najsilniejsze legiony wroga!

Co w pudełku piszczy?

Pierwszy Schotten Totten był niczym trawnik po śnieżnej zimie – gdzie się nie obejrzysz tam kupa. Wydanie IELLO z 2020 roku bawiło świetnymi ilustracjami postaci, drażniąc przy tym śnieżnobiałym tłem kart. Polska edycja Muduko, jest przy nich jak letnia bryza, przynosząc orzeźwienie, nadzieję i radość. Radość, że jest sobie oto Pan Piotr Sokołowski (Dwergar), który wie, na czym polega ilustrowanie gier planszowych. To uczta dla oczu i poczucia planszówkowej estetyki. Na koniec z przyjemnością nadmienię również o solidnej jakości kartach oraz dobrze zredagowanej, świetnie wykonanej instrukcji do gry.



Jest klimat, czy go nie ma?

Klimat odczuwalny jest w głównej mierze za sprawą wspomnianych ilustracji, przywodzących na myśl prawdziwą leśną ustawkę. Nie od dziś zresztą wiadomo, że prędzej znajdziesz igłę w stogu siana, niż klimat w grach Pana Knizii. Dobrze, już dobrze — trochę przesadziłem. W jego portfolio można znaleźć gry z klimatem, ale Schotten Totten — nawet w tak intrygującym wydaniu — do tej grupy się nie zalicza.

Wprowadzenie do zasad.

Nie jestem leniwy, możecie mi wierzyć. Skoro jednak mogę się posiłkować 5-minutową wideo instrukcją samego wydawcy, to chętnie z tej sposobności skorzystam. Tylko nie zapomnijcie czytać dalej 🙂 .



Na tak i na nie!

Proste, bardzo przystępne zasady, połączone z szybkim setupem i krótkim czasem rozgrywki,

Przepiękna oprawa graficzna, wprowadzająca do gry szczyptę klimatu,

Dwa warianty rozgrywki, przeznaczone dla mniej lub bardziej zaawansowanych graczy,

Ciekawy pomysł z uzależnieniem siły oddziałów nie tylko od wartości kart, ale przede wszystkim odpowiednich setów, opartych na układach liczbowych oraz kolorystycznych,

Odczuwalny (ale nie frustrujący) poziom rywalizacji, schowany pod płaszczykiem zimnej wojny oraz subtelnego przeciągania liny,

Bardzo ciekawy, różnorodny zestaw kart specjalnych, wykorzystywany w wariancie zaawansowanym. Dzięki nim gra jest znacznie lepsza i ciekawsza, zaskakując wachlarzem możliwości taktycznych,

Taktyczno-strategiczny charakter rozgrywki, zapewniający satysfakcjonujące poczucie kontroli, połączone z charakterystyczną dla gier karcianych losowością,

Zaskakująco duża regrywalność zamknięta w niewielkiej talii kart i prostych zasadach,

Gra broni się od strony mechanicznej, pomimo upływu czasu oraz rewolucji, jaka miała miejsce w planszówkach na przestrzeni ostatnich 20 lat,

Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to brak wieloosobowego wariantu rozgrywki,

Zastanawia mnie również (nie jest to klasyczny minus), czemu przy takim potencjale i polu do rozwoju, gra do dziś nie doczekała się dodatku? Zamiast tego Knizia projektuje kolejne wariacje Medici oraz innych podobnych jej przeciętniaków



Regrywalność i interakcja.

Ciężko jednoznacznie powiedzieć, jak naprawdę jest z tą regrywalnoscią. W krótkim czasie rozegrałem kilka partii i nie czuję powtarzalności czy zmęczenia materiału, co dobrze wróży na przyszłość. Być może to jeden z tych fillerków, które cieszą latami, o ile są ogrywane z należytym umiarem. Trzeba przyznać, że wielka w tym zasługa kilkunastu kart specjalnych, które mocno zwiększają fun z rozgrywki.

Interakcja pomiędzy graczami jest wpisana w charakter gry, ale porównując z innymi konfrontacyjnymi tytułami Pana Knizii, sprawia wrażenie bardzo subtelnej. Do gry możemy więc zaprosić także młodszych graczy, nawet jeśli za negatywną interakcją zazwyczaj nie przepadają.

Czas rozgrywki i skalowanie.

Rozgrywka jest szybka, angażująca, stosunkowo dynamiczna i zamyka się zazwyczaj w przedziale 20 – 25 minut. Skalowania zasadniczo nie ma, z uwagi na to, że gra przeznaczona jest niestety wyłącznie dla 2 graczy.



Napisy końcowe!

Gry się starzeją — to fakt. Może nie wszystkie i nie zawsze, ale z pewnością dotyczy to większości z nich. Zmieniają się możliwości techniczne wydawców, a wraz z nimi upodobania graczy — hm… a może na odwrót 🙂 . Co chwilę pojawiają się nowe pomysły, mechaniki oraz technologie, jakich kilkanaście lat temu nie wyobrażał sobie nikt z nas. Niewiele gier jest w stanie przetrwać próbę czasu i nie mam tu na myśli 2 dekad, ale skromne 4-5 lat!

Spór o Bór (Schotten Totten) zdaje się nie zważać na cały ten postęp i wariackie tempo zmian, jakie na przestrzeni ostatnich kilku lat przypadło w udziale naszemu hobby. Pod nowym tytułem, wystrojony przez Muduko w odświeżone szaty, zachęca zgrabną i tematyczną oprawą, nie tracąc jednocześnie nic ze swojej mechanicznej elegancji. Doceniony przez pokolenia graczy, kroczy z gracją w stronę kolejnego dziesięciolecia, na równi z nowościami, o których już za chwilę nikt pamiętać nie będzie. Jeden z niewielu tytułów Reinera Knizii, który mogę Wam uczciwie, z pełnym przekonaniem polecić, co też właśnie czynię!


Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Łąka – recenzja!



Łąka – recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Łąka została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Rebel. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
Klemens Kalicki
Ilustracje
Karolina Kijak
Liczba graczy
1-4
Czas rozgrywki
45-90 min.
Wydawca
Rebel Studio
Rok wydania
2021
Ocena BGG
8.3 / 10
Moja Ocena
8.0 / 10
Wykorzystane Mechaniki: set collection | hand management | worker placement (twist) | tableau builder


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop. Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

Sprawdź, co oferuje Łąka
  • Prosty, ale bardzo satysfakcjonujący set collection,
  • Przepiękną oprawę wizualną z niesamowicie ilustrowanymi kartami,
  • Tableau builder z ciekawym twistem, dotyczącym nadbudowywania wcześniej zagranych kart i symboli,
  • Fajne powiązanie mechaniki z tematyką, dzięki próbie odwzorowania łańcucha pokarmowego i zależności występujących w przyrodzie,
  • Mechaniczną lekkość, połączoną z przyjemną optymalizacją,
  • Lekką losowość, charakterystyczną dla większość gier karcianych,
  • Rozwinięcie bardzo przyjemnej mechaniki akcji znanej z gry Quadropolis, czyli ciekawy i sprawnie działający twist worker placement,
  • Przystępne zasady, niski próg wejścia i szybki setup,

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.






Tytułowa Łąka to gra, w której każdy z graczy buduje z kart swoją własną i niepowtarzalną łąkę — szok prawda? Na przestrzeni kilku rund, gracze będą starali się pozyskać i zagrać najciekawsze i najlepiej punktujące karty, reprezentujące głównie florę i faunę tego ekosystemu. Będą również podziwiali krajobrazy, zbierali przedmioty oraz zdobywali punkty za realizację celów przy wspólnym ognisku.

Czytaj dalej

Lekko i na temat: Quetzal – recenzja!

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Grupa śmiałków, złożonych z archeologów i poszukiwaczy przygód, eksplorując dziewicze obszary kolumbijskiej dżungli, niespodziewanie natrafia na żywego Pablo Escobara! Ten szczwany lis… zaraz, to nie ta gra i z pewnością nie ta historia, chociaż lokalizacja rzeczywiście zbliżona. Nasza opowieść dotyczy zaginionego kolumbijskiego miasta Quetzal (czytaj Kwazali), którego odkrycie – jak twierdzą ekolodzy ratujący amazońską puszczę – było tylko kwestią czasu. Fama rozchodzi się szybko i już po chwili do brzegów kolumbijskiej dżungli – no wiem, wiem – przybywają statki i otwierają punkty skupu artefaktów. Wraz z nimi docierają ekipy śmiałków (tylko od 2 do 5 – nie ma tu miejsca na akcje solo!), mające na celu dobro dziedzictwa kulturowego Kolumbii. Szybko i sprawnie zapełniają drogocennymi eksponatami ładownie zacumowanych nieopodal statków. Wśród nich jest też nasza grupa specjalistów, która aż się garnie do rywalizacji o prymat w tym niezwykle szlachetnym procederze, zyskując w ten sposób fame, monety oraz upragnione pezety!

Czytaj dalej