My Father’s Work – skrót zasad i moja opinia

Bycie szalonym naukowcem nie jest łatwe. Wieśniacy Cię ganiają z widłami, małżonkowie i słudzy uciekają z krzykiem, a poza tym trzeba się zmierzyć z faktem, że szaleństwo płynie w żyłach Twojej rodziny od pokoleń. Oto My Father’s Work.

Czytaj dalej

Zagrałem w : TURBO

Jestem ogromnym fanem Days of Wonder. Staram się ogrywać wszystkie pozycje wydawane przez to studio. Dzisiaj radość podwójna. Lubię wydawcę oraz gry wyścigowe. Co z tego wyszło? O tym w materiale.

Czytaj dalej

Terraformacja Marsa – Digital Edition – jak komputer radzi sobie z podbojem Marsa?

Chcieliście kiedyś zagrać w jakąś grę, którą znają już praktycznie wszyscy, ale was jakoś ominęła? Adam miał tak z Terraformacją Marsa, ale… reszta już przez to przebrnęła i kompletnie nie chciała uczestniczyć w nim ponownie. Nie było innej rady, musiał poprosić o pomoc komputer ? Dzięki temu wy też możecie zobaczyć, jak gra się w Terraformację Marsa Digital Edition!

Czytaj dalej

Ryzykanci – zasady, przykładowa rozgrywka + Recenzja

Nowa gra karciana od Lucrum. Klimat ala Indiana Jones i autor Intrygantów. Jak działa w praktyce? O tym w materiale.

Czytaj dalej

Firefly: Misbehavin’ – skrót zasad i moja opinia

Jeśli w jednym tytule pojawiają się trzy elementy, które mnie interesują, to jest spora szansa, że trafi on na mój radar. W tym przypadku jest to jedno z ulubionych wydawnictw, mechanika i świat. Oto Firefly: Misbehavin’

Czytaj dalej

Messina 1347 – jak przestałem się bać i pokochałem dżumę!

Czy z dżumą można w o ogóle wygrać? I to za pomocą worker placementu? Sprawdźcie jak z tym koszmarnym zadaniem poradziła sobie Messina 1347!

Za notoryczne przekręcanie daty w filmie – bardzo serdecznie przepraszamy!

Czytaj dalej

Marvel United – Gradanie #392

Marvel United pojawiło się już u nas przy okazji podsumowania najlepszych gier wydanych w 2020 roku. Część z nas rozwija swoją myśl zawartą w tamtym zestawieniu, a inna część tłumaczy dlaczego nie podziela tego entuzjazmu. Zapraszamy do słuchania.

Czytaj dalej

Messina 1347 – gra o gorączce dla chłodnych głów

Jak przystało na grę opowiadającą o średniowiecznej epidemii dżumy, Messina 1347 utrzymana jest w szaroburej kolorystyce. To gra, obok której łatwo przejść obojętnie. Nie przyciąga wzroku kolorami, nie zawiera też żadnych ekstrawaganckich gadżetów, czy komponentów. No chyba, że jesteście już na tym etapie planszówkowego zdziwaczenia, że cieszyć Was będą czarne figurki szczurów. Jednak po pierwszej rozgrywce oczy przeciętnego eurogracza zaczynają błyszczeć gorączkowo i to raczej nie na skutek zakażenia. Czytaj dalej

Zagrałem w : HARRY POTTER MISTRZ POJEDYNKÓW

Fani Harrego Pottera nareszcie mogą być zadowoleni. Kolejne wysokobudżetowe gry planszowe na tej bardzo popularnej licencji rozpieszczają graczy. Jak grało mi się w Mistrza Pojedynków? O tym w materiale.

Czytaj dalej

Gdzie się podziały tamte gry? Odcinek 2

To się dzieje. Oto kolejny odcinek nowego usystematyzowanego cyklu Rewizji. Tym razem zerkam na gry recenzowane przeze mnie w październiku, w latach 2018-2022. Przed Wami Gdzie się podziały tamte gry? Odcinek 2.

Czytaj dalej

Gra o Tron – Digital Edition – powrót do Westeros!

Dzisiaj film z gatunku eksperyment i zobaczymy jak się przyjmie… ? Tym razem nie siadamy do stołu, lecz do komputera, aby sprawdzić, jak to jest pograć sobie w cyfrową edycję… Gry o Tron. W końcu to czas powrotów do tego uniwersum!

Czytaj dalej

Rzut oka na Tidal Blades. Oraz Back to the Future.

Dzisiaj porozmawiamy sobie o dwóch grach. Trochę krócej, bo i graliśmy nie za wiele. Innego wątku wspólnego dla tych tytułów nie ma. Naprawdę. Zapraszamy do słuchania.

Czytaj dalej

Bitoku – Recenzja!



Bitoku – Recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Bitoku została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Portal Games. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
Germán P. Millán
Ilustracje
Edu Valls
Liczba graczy
1-4
Czas rozgrywki
100-180 min.
Wydawca
Portal Games
Rok wydania
2022
Ocena BGG
8.0 / 10
Nasza Ocena
P 4/5  J 4.5/5
Wykorzystane Mechaniki: tableau builder | set collection | dice placement | hand management


Rozkład jazdy i kilka słów wstępu:

Tym razem recenzujemy grę Bitoku, która podobnie jak Ark Nova miała swoją premierę podczas Essen 2021. Inaczej jednak potoczyły się jej losy w rankingu Board Game Geek. Czy słusznie? Naszym zdaniem nie do końca i między innymi o tym rozmawiamy w tym odcinku.

Rozkład jazdy:

.



Paweł Dołęgowski i
Joanna „Kocia” Szopińska
Podcast Stare Kości


Jeśli doceniasz naszą pracę,
wesprzyj nas w dążeniu do perfekcji! Postaw mi kawę na buycoffee.to



Zaczęło się tak niewinnie, od jednego przypadkowego tekstu, żeby następnie przerodzić w pełnoprawnego bloga. Nie dla zysku czy fejmu, ale z potrzeby dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje, odczucia oraz ludzie. Tak było kiedyś, a teraz?

Teraz do zespołu Starych Kości dołączyła Joanna zwana Kocią i niespodziewanie Stare Kości nie są już wcale takie stare. Na szczęście stara nazwa pozostanie, zmieniło się za to wszystko inne. Założenie jest proste: podcast nagrywany przez fanów i dla fanów gier planszowych. Recenzujemy nowości, a być może również gry od dawna już znane, opowiadamy o tytułach, które kochamy (lub nie) i rozmawiamy na wszelkie tematy okołoplanszówkowe.

Miłego słuchania życzą:
Paweł i Joanna zwana Kocią






Znajdziesz nas między innymi na:

     

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Zagrałem w : WSIĄŚĆ DO POCIĄGU SAN FRANCISCO

To może być jedna z największych serii w dziejach gier planszowych. 🙂 Wsiąść do Pociągu i kolejna odsłona, czyli słoneczne San Francisco!

Czytaj dalej

Arrakis: Dawn of the Fremen – skrót zasad i moja opinia

Mars ma przerąbane. Już nikt nie chce na niego latać, ani go terraformować. Teraz na tapet trafiła pustynna planeta z dużą liczbą ponadnormatywnych robaków. Nie da się tam uprawiać plażingu, ale da się „uprawiać” Przyprawę. Tak jest. Kolejny raz trafiamy na Arrakis. Tym razem w grze Arrakis: Dawn of the Fremen.

Czytaj dalej

Jamajka – recenzja!



Jamajka – recenzja!


Materiał reklamowy: Gra Jamajka została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Rebel. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule.


Projekt
Bruno Cathala +2 innych autorów
Ilustracje
Mathieu Leyssenne
Liczba graczy
2-6
Czas rozgrywki
30-60 min.
Wydawca
Rebel
Rok wydania
2021
Ocena BGG
7.3 / 10
Moja Ocena
3 / 5
Wykorzystane Mechaniki: hand management | dice rolling | point to point movement


Sprawdź, co oferuje Jamajka:
  • Piracką tematykę i klimat, które pokocha każde dziecko;
  • Bardzo proste zasady, za którymi kryje się niezwykle emocjonująca gra rodzinna;
  • Rywalizację w wyścigu nie tylko o miejsca, ale przede wszystkim punkty;
  • Bezpośrednią negatywną interakcję, lecz w przystępnym, akceptowanym przez dzieci wydaniu;
  • Dużo dobrej zabawy, zdrowej ,chociaż miejscami złośliwej rywalizacji oraz śmiechu.


Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości


Jeśli doceniasz naszą pracę,
wesprzyj nas w dążeniu do perfekcji! Postaw mi kawę na buycoffee.to



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop.

Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.


Jamajka trafiła po raz pierwszy na sklepowe półki, kiedy nasze ukochane hobby w Polsce dopiero raczkowało, podobnie jak część z Was, moi drodzy (młodsi) czytelnicy 🙂 . Niektórzy stawiali właśnie swoje pierwsze kroki w świecie gier planszowych, a inni, w tym również ja, nie mieli nawet pojęcia, że istnieje taki świat i hobby, które potrafi wciągnąć niczym bagna Luizjany.

W tym samym roku (2007) debiutowała słynna Agricola, ikona gier ekonomicznych i choć obie gry dzieli tematyczna, mechaniczna oraz strategiczna przepaść, posiadają jeden wspólny mianownik. Wyjątkową, magiczną wręcz odporność na bezlitosny upływ czasu. Nie straszne im trendy, konkurencja ani kaprysy graczy, ponieważ od początku znakomicie wywiązują się z roli, jaka został im przeznaczona. Każda na swój sposób, każda z ciut innym efektem. Jak ulał pasuje do obu znane oldschoolowe powiedzenie „stare, ale jare”. Tym bardziej że współautorem, tej jakże pirackiej (Arr!) gry rodzinnej jest nie kto inny, tylko sam Bruno Cathala, późniejszy designer takich hitów, jak Five Tribes, Abbys i Kingdomino.



Jamajka z mojej recenzji, to lekko odświeżona wersja klasyka, która po wielu latach wreszcie doczekała się polskiej lokalizacji językowej. Za rodzime wydanie odpowiada Rebel, który w czasie pomiędzy premierą a chwilą obecną, zdążył już nawet wydać pełnoprawny dodatek. Niestety z braku jego posiadania i ogrania, nie omówię go w ramach dzisiejszej recenzji, niemniej doszły mnie słuchy, że wnosi do gry wiele dobrego. Na szczęście z Jamajką tego problemu nie mam, ponieważ znamy się już od dawna. Dlatego też jestem absolutnie pewny, że sama podstawka zapewni Wam… No właśnie, cóż takiego? Tego oraz wiele więcej dowiecie się już za chwilę, cierpliwości!

Grając w Jamajkę, na krótką chwilę wcielamy się w rolę kapitanów pirackich statków, rywalizujących między sobą o sławę, bogactwo oraz punkty. Zasadniczo nasze starania sprowadzają się do tego ostatniego, ale osobiście dostrzegam w tej na wskroś rodzinnej grze planszowej drugie, bardziej klimatyczne dno. Jamajka to wyścig, chociaż nie zawsze wygrywa ten, kto płynie najszybciej. W trakcie krótkiej (30-45 minut) rozgrywki będziemy ze sobą współzawodniczyć. Rywalizując z przeciwnikami i walcząc z losem, bo czymże jest piracka fucha, jeśli nie ciągłym igraniem ze szczęściem. W trakcie rozgrywki dokonamy zapewne niejednego abordażu, zgarniając (jeśli wygramy) lub tracąc (jeśli nie) cenne łupy i inne dobra. Będziemy cumować w kosztownych portach oraz miejscach znanych jedynie najstarszym piratom. Jeśli dopisze nam szczęście, pozyskamy skarby i cenne umiejętności. Kiedy go zabraknie, czekają nas klątwy, marny los i jeszcze gorsze punktowanie. Gra kończy się, gdy jeden z graczy zrobi pełną rundę po Karaibskich wodach, cumując w słynnym Port Royal. Na koniec podliczymy punkty (za złoto, skarby, klątwy oraz miejsce, do którego dopłynął nasz statek), a zwycięzcą zostaje ten z graczy, który zdołał zgromadzić najwięcej punktów zwycięstwa!



Zaraz, chwileczkę! Zanim złapię wiatr w żagle i zmotywowany dobrym wstępniakiem na falach popłynę do mechaniki, czas na krótką ocenę wykonania oraz oprawy wizualnej gry? Z pewnością warto nadmienić, że pomimo dużego pudełka Jamajka nie należy do gier napakowanych i ciężkich. Podobnie jak nie jest przesadnie bogata w komponenty. Posiada za to pokaźny i funkcjonalny insert, który z zapasem pomieści wszystko, czego piracka dusza zapragnie. Piracka dusza — dobry suchar! Jamajka nie należy do gier wybitnie ładnych, nie jest też brzydka, ot karaibski średniak. Ważne, że jakością wykonania w niczym nie ustępuje wspomnianej już estetyce.

Oferuje klimatyczną, chociaż niekiedy nazbyt infantylną piracką oprawę, wysokiej jakości tekturowe komponenty oraz customowe drewniane kości. Do tego solidną planszę i planszetki graczy oraz plastikowe figurki statków. Tylko karty wydają się być leciutko na bakier z jakością. Sprawiają wrażenie niezbyt trwałych i posiadają niestandardowy rozmiar, co powoduje, że na rynku możemy nie znaleźć pasujących protektorów. Chociaż pierwsze angielskie wydanie pamiętam jak przez mgłę, mam wrażenie, że tak pudełko, jak i plansza główna były tam większe, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro wydanie od Rebela zdecydowanie daje radę 🙂 .

Gra została wznowiona (nowa edycja) bez większych zmian w zasadach i mechanice, w konsekwencji czego nie zmienił się również jej feeling. Dostrzegam niewielkie modyfikacje kości walki, albo to tylko pamięć płata mi figla? Rozgrywka przebiega turowo z zachowaniem zmiennej kolejności graczy. Każdą rundę rozpoczyna pierwszy gracz, rzucając kośćmi, które następnie przyporządkowuje do dwóch faz akcji – dnia oraz nocy. Wtedy i dopiero wtedy, każdy z graczy zagrywa jedną z trzech posiadanych na ręce kart akcji. Kart, które jak się już zapewne domyślacie, podzielone są na fazę dnia oraz nocy. Wiedza na temat wartości kości oraz ich ustawienie względem akcji dnia i nocy determinuje kolejność, oraz siłę, z jaką wykonamy akcje z wybranej przez nas karty. Większość akcji pozwala pozyskiwać zasoby (monety, amunicję i prowiant) oraz determinuje ruch (przód / tył).

To właśnie umiejętne zagrywanie kart, dopasowanych nie tylko do potrzeb, ale i wartości na kościach, decyduje o naszej skuteczności. Tyle że karty, a już szczególnie kości bywają kapryśne, co naturalnie sprowadza mój wywód do losowości. Losowości, która nie tylko tam jest, ale często działa symbiotycznie, jednocześnie z kartami oraz kośćmi. I super, ponieważ to właśnie losowość, w kooperacji z interakcją stanowią podwaliny dobrej zabawy, potęgując wrażenie szalonego, pełnego interakcji wyścigu. Przywodzące na myśl czasy dzieciństwa oraz Szalone Wyścigi, mój ulubiony kreskówkowy serial sprzed lat.



Wróćmy jeszcze na moment do mechaniki i odczuć z rozgrywki, od tego zależeć może los niejednego pirata. Taktyczny kurs wyznaczany za sprawą kart oraz kości będziemy starali się korygować przez większą część gry. Chyba że nie pozwoli nam na to losowość, ale tak bywa na szczęście rzadko. W Jamajce nie zawsze wygrywa najbardziej doświadczony z piratów, bo na nic zda się optymalizacja tam, gdzie mechanika potrafi być kapryśna niczym pogoda.

Kości decydują nie tylko o naszych zasobach, ale przede wszystkim ruchu, który raz potrafi być nam wiatrem w żagle, żeby już za chwilę dokopać losowością, generując koszty, straty, a czasami również bardzo niepożądany w danym momencie ruch wsteczny. Na Karaibach są miejsca, do których za wszelką cenę chcielibyśmy dopłynąć oraz takie, które chcemy omijać, ponieważ postój tam, kosztuje nas prowiant lub złoto. Nie muszę chyba pisać, których jest więcej, a przecież zależy nam na zasobach, a w szczególności złocie, które punktuje na koniec gry. Jamajka w stopniu istotnym opiera się na mechanice push your luck, dlatego też ryzyko wkalkulowane jest w większość tego, co robimy lub do czego dążymy. Dotyczy to w szczególności walki oraz dobierania kart skarbów, które mogą przynieść nam szczęście (punkty dodatnie) lub pecha (punkty ujemne). Skoro już o walce wspomniałem, to choć ta stanowi istotny element interakcji, nie definiuje strategii i nie gwarantuje ostatecznego sukcesu, ponieważ jak większość aspektów gry, nie sposób jej do końca kontrolować. Nie jest też całkowicie losowa (modyfikatory), co sprawia, że wspaniale komponuje się z piracką tematyką gry.

Jamajka to czysta zabawa, z pozorną optymalizacją w tle, pozornym zarządzaniem zasobami i równie pozorną kontrolą walki pomiędzy graczami. Pomimo potrójnej pozorności, jest to gra warta polecenia i to z kilku powodów. Po pierwsze dobrze skaluje się na 3-4 graczy, a jeszcze lepiej na 5-6. Słabo działa wyłącznie w wariancie 2-osobowym i nie zmieni tego żaden statek widmo, ponieważ jej podwaliny zbudowane są na interakcji. Rozgrywka jest prosta, płynna, szybka (z reguły 30-45 minut) i adresowana do bardzo szerokiego grona odbiorców. Od majtków, po doświadczonych krwiożerczych piratów, którzy na sumieniu mają nie jeden abordaż. Równie dobrze sprawdzi się do rozgrywek rodzinnych, w wielopokoleniowym gronie oraz w roli fillerka, tudzież zabawnego przerywnika pomiędzy cięższymi tytułami.



Cóż… bywają gry w swej naturze tak losowe i szalone, że z miejsca stają się utrapieniem graczy. W przypadku Jamajki to właśnie wspomniane cech stanowią o jej siłę i sporej regrywalności. Tak właśnie jest Jamajka i taką ją od zawsze pamiętam. I choć nie jest grą wybitną, ani nawet bardzo dobrą, to w swojej klasie – dziecięcych, rodzinnych gier rywalizacyjnych – znakomicie spełnia rolę fajnego czasoumilacza. Pośród rodzinnej wrzawy, w duchu rywalizacji fair Play (tak, jasne), wspieranej salwami śmiechu, a niekiedy jękiem rozczarowania. Zapewnia po trochę wszystkiego – szczęścia, emocji, dynamiki, wrażenia wyścigu, a nawet strategii. Z tym ostatnim może troszkę przesadziłem, ale… Na początkowym poziomie planszówkowego obycia, gracze mogą doświadczyć podobnego uczucia, szczególnie jeśli ich wiedza o grach planszowych jest równie znikoma, jak kontrola w grze Jamajka.

Najwyższy czas rzucić kotwicę, kończąc recenzję Jamajki krótkim zgrabnym podsumowaniem. Czas okazał się dla niej łaskawy, a przecież to największy z planszówkowych malkontentów. Czas bywa wybredny, kapryśny i często spycha gry w otchłań niepamięci. Słusznie, nie wszystkie zasługują, żeby o nich pamiętać, ale nie Jamajka, z nią jest zgoła odwrotnie. Czy to z racji lubianej tematyki, odczuwalnej rywalizacji, czy też prostych zasad? Nie każdy musi mieć ją w kolekcji, ale każdy, kto chociaż trochę czuje się piratem gier planszowych, powinien dać jej szansę! Ahoj planszówkowi piraci!


Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Circadians: First Light – niech żyje podbój kosmosu i strata kostek!

Circadians: First Light – dice placement, workerzy, przedmioty, zbieranie surowców, ale… ciasno, mało czasu, brakuje surowców… Sprawdźcie, czy warto zainteresować się tym tytułem i zaopatrzyć się w polską edycję od Portal Games.

Czytaj dalej

Co jest grane! Tiletum – wrażenia z rozgrywki!



Co jest grane! Tiletum – wrażenia z rozgrywki!



Projekt
Simone Luciani, Daniele Tascini
Ilustracje
Kilku ilustratorów
Liczba graczy
1-4
Czas rozgrywki
60-130 min.
Wydawca
Board&Dice
Rok wydania
2022
Ocena BGG
8.2 / 10
Moja Ocena
3,5 / 5
Wykorzystane Mechaniki: point to point movement | set collection | contract


Warto przeczytać!

Drogi czytelniku, poniższy tekst nie jest recenzją, proszę więc, żebyś podszedł do niego z większym dystansem.  To tylko luźna, niezobowiązująca opinia na temat gry, w którą grałem zbyt mało razy, żeby pozwolić sobie na jednoznaczną ocenę. Takie moje emocjonalne pitu pitu, wrażenia i odczucia, często po zaledwie jednej rozgrywce. Miłego czytania!



Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości



Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop.

Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.


Niewiele ostatnio grywam, w tym tygodniu na tapecie raptem dwie gry i obawiam się, że tak już może pozostać. Otuchy dodaje mi świadomość, że jedną z nich była Ark Nova, a drugą — niczym wisienka na torcie — przedpremierowe Tiletum od Board&Dice. Jedna z najbardziej gorących i wyczekiwanych premier tegorocznego Spiel Essen. W tytuł ten zagrałem za sprawą prywatnej inicjatywy Adama z Planszostrefa.pl oraz warszawskiej kawiarni Kawadzieścia, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli połączyli siły, z korzyścią nie tylko dla samych graczy, ale i gry. Zaznaczam, że nikt mi za te polecenia nie płaci… a szkoda 🙂 . Dlaczego więc w ogóle o tym wspominam i czemu koniecznie przy okazji wpisu na temat Tiletum?

Na pewno nie z sympatii do wyżej wymienionych, szczególnie że ostatnio w K20 zabrakło dla mnie gofrów – skandal! Wprawdzie następnego dnia już były, do tego zajebiście pyszne, ale niesmak 🙂 (lub jego brak) pozostał. Jeśli zaś chodzi o Adama, właściciela gry, to okazał się wyjątkowo niegościnnym kolegą, ogrywając nas w Tiletum, które uprzednio sam kupił, przyniósł i wytłumaczył. Jest właścicielem tymczasowego białego kruka i jeszcze mu mało? No comment!

Skoro moje intencje są jasne, przejdźmy do meritum, bo i tak wszyscy mają ten wstęp w dupie, czekając niecierpliwie wyłącznie na opinie o samej grze. Jeśli tacy są, zapraszam kilka akapitów niżej, bo nie zanosi się, żebym w najbliższych zdaniach dobił do sedna sprawy.

Od zakończenia gry nie opuszcza mnie pewna myśl: dlaczego wydawcy tak mało dbają i cenią sobie planszówkowe knajpy oraz hobbystycznych freeków pokroju Adam. Przecież to takie oczywiste i proste. Wystarczy niewielki wysiłek, żeby stworzyć graczom szansę na przedpremierowe pokazy gier. Podejmując z nimi współpracę, przekazując gry i zapewniając support (jaki, to już sprawa indywidualna). Budując tym samym hype oraz mniej lub bardziej uzasadnioną potrzebę zakupu. Deal, na którym korzysta każdy — knajpka, wydawca oraz gracze. Nie samymi konwentami człowiek żyje. Oczywiście nie każda gra zostanie dobrze odebrana, nie każda kupiona, bo gusta są różne, nie wspominając o ty, że nie wszystkie gry na to zasługują, ale… Drodzy wydawcy, to naprawdę proste, spróbujcie, a nóż widelec zażre? Chętnie wesprę podobną inicjatywę ogłoszeniem matrymonialnym, lub supportem w prezentacji i tłumaczeniu zasad. Dobrze już, koniec tego offtopu, przejdźmy do meritum, czyli gry Tiletum, obiektu pożądania wielu, wielu graczy.



Tiletum, to kolejne ultra suche euro na literę „T” wydane za sprawą Board&Dice. Joanna wspominała o nim przy okazji podcastu o naszych oczekiwaniach związanych z najbliższym Essen. Jeśli nie mieliście okazji przesłuchać, serdecznie Was do tego namawiam. Jeśli słuchaliście, to zapewne nie umknęło waszej uwadze, że po zawodzie zaserwowanym nam przez Origins Pierwsi Budowniczowie, do gier od Board&Dice podchodzę bardzo ostrożnie. I tak zdaję sobie sprawę, że to inni autorzy, ale… podobnie jak z tymi goframi, niesmak pozostał. Z tą istotną różnicą, że tam robiłem sobie jaja, tu już nie.

W grze Tiletum przenosimy się do czasów wczesnego renesansu – WOW!!!

Nie no żart, temat jest generyczny i oklepany, podobnie jak role graczy. Wcielamy się oto w podróżujących po Europie kupców, bla, bla, bla… Klimatu w Tiletum praktycznie nie uświadczysz, ot sucharek, jakich w naszym hobby wiele. Wizualnie co najwyżej średnia krajowa. Jest kilka ładnych komponentów (np. kości), a także cała reszta. Jeśli cokolwiek stara się budować klimat gry, to sucha, oldschoolowa oprawa, nawiązująca nie tyle do renesansu, ile innych gier o tej samej tematyce, kontrastując przy okazji z bardzo ładnie ilustrowanym pudełkiem. Jeśli zdarza Wam się podejmować decyzję o zakupie gry oczami, w oparciu o ilustrację pudełka, to Tiletum jest już zapewne w Waszych preorderach.



Tiletum to projekt duetu Luciani i Tascini i to się czuje. Szczególnie drugi z panów odcisnął na grze swoje piętno. Podobną do Tekhenu mechaniką kości, z tym zastrzeżeniem, że ta z Tilletum jest mniej podatna na losowość, bardziej przystępna, wygładzona i nie czuję w niej charakterystycznego dla Tekhenu przerostu formy nad treścią. To naprawdę udany element mechaniki gry. Znając twórczość tych Panów, nie trudno o kolejne skojarzenia, na przykład z Marco Polo albo Newtonem. Dostrzegam tu również wyraźne nawiązania do Orleans. Wprawdzie jest to gra innego autora, ale oferująca podobne założenia dotyczące ruchu i zabudowy planszy, włącznie z ich odzwierciedleniem w końcowym punktowaniu.

Podzielona na 4 rundy rozgrywka przebiega stosunkowo sprawnie i nie jest nawet specjalnie długa. Po pierwszej partii można założyć, że zejście poniżej 30 min per gracz wydaje się jak najbardziej możliwe. Za to realnym problemem może okazać się zbyt długi czas oczekiwania na swój ruch, ale na takie wnioski z pewnością jeszcze za wcześnie.

Założenia mechaniczne są banalne. Każdy z graczy wykona w trakcie gry 12 akcji kośćmi oraz skończoną, ale naprawdę dużą liczbę akcji pobocznych. Tylko tyle i aż tyle, ponieważ każdy wybór kości, może wywołać reakcję łańcuchową, za sprawą której gracz otrzyma multum możliwości. Zasoby w rodzaju i liczbie zgodnej z kolorem i wartością kości, akcję wynikającą z jej położenia oraz szereg akcji pobocznych, wynikających z posiadanych żetonów oraz zasobów. Dla właściwego zobrazowania tego procederu posłużę się prostym przykładem. Otóż moja pierwsza tura w grze trwała około 3-4 minuty! W tym czasie wybrałem kość i otrzymałem zasoby, a następnie wykonałem akcję główną. Żetony pozyskane za sprawą bonusu aktywowałem, tworząc tym samym niewielkie combo zakończone realizacją kontraktu, pozyskanego w ramach wyboru kości. Nie pamiętam eurogry pozwalającej mi na tak wiele, tak szybko. Ma to oczywiście swoje zalety, jak i wady. Do tych drugich zaliczyć możemy odczuwalny downtime, będący pochodną nie tyle samego procesu myślowego, ile liczby działań, jakie w turze może przedsięwziąć każdy z graczy.



W Tiletum grało mi się na tyle przyjmie, że z niecierpliwością czekam rewanżu. Nie jest to wybitne euro, nie kusi tematem, nie zachwyca urodą, brak tu przejawów designerskiego geniuszu, ale to dobra, sprawnie działająca gra ekonomiczna. Zapewnia satysfakcjonujące poczucie kontroli, ale i świadomość, że wszystkiego zrobić nie sposób. Pozwala na długofalowe planowanie (cele gry), uzupełnione taktycznymi decyzjami opartymi na dostępie do kości, definiujących większość tego, co w grze zrobimy.

Podoba mi się twist kościany, w którym liczy się nie tylko liczba oczek na kościach, ale również ich kolor oraz przypisanie do odpowiednich pól akcji. Większość mechanik ładnie się zazębia, całość nie zgrzyta i pomimo wielu odniesień do innych gier, nie sprawia odtwórczego wrażenia. Interakcja ogranicza się do klasycznego podbierania kości, żetonów oraz miejsc pod budowę. O skalowaniu wiele nie napiszę, grałem wyłącznie w czteroosobowym gronie, ale rozgrywce w takim składzie towarzyszyło poczucie dobrze spędzonego czasu.

W pozytywnym odbiorze gry pomaga na pewno początkowa różnorodność, dzięki której każda partia może mieć odmienne oblicze. Na poziomie setupu może się zmienić praktycznie wszystko, od początkowego ustawienia koła akcji, przez bonusy i kontrakty, aż po rozkład budynków oraz żetonów punktowania końca rundy. Z jednej strony Tiletum pełne jest różnorodności oraz wielu mniejszych czy większych zależności. Na wiele pozwala (możliwości wykonania akcji dodatkowy w trakcie akcji głównej) i jest bardzo elastyczne, generując często niemałe combo. Z drugiej zaś strony czas oczekiwania na naszą turę może się niemiłosiernie dłużyć, a jakiekolwiek planowanie w przód spalić na panewce. Całość od strony mechanicznej jest wariacją kilku znanych tytułów i mechanik. Wprawdzie to wszystko gdzieś już było, ale nie wpływa to na moją opinię, ponieważ bardziej odtwórczej mechanicznie gry od Ark Nova, już się nie spodziewam.

Nie jestem przekonany, czy Tiletum zostanie hitem na miarę swojego hypu. Jeśli tak się stanie, to będę zaskoczony, ale będzie to oznaką tego, że gry na literkę „T” rozwijają się we właściwym dla mnie i graczy kierunku 🙂 . To z pewnością najbardziej udana gra serii, a tym samym najlepsza ze znanych mi gier Board&Dice. Ogrywając oraz obserwując ją oczami doświadczonego eurogracza dochodzę do wniosku, że na pewno spodoba się wielu z Was.

Nie jest ani zbyt łatwa, ani za trudna, zapewniając przy tym odczuwaną satysfakcję z podejmowanych decyzji oraz tak lubiane przeze mnie poczucie rozwoju. Pomimo tego, jak i kilku innych zalet obawiam się, że tytuł ten nie zagości na stałe w mojej kolekcji. Opisanym powyżej wrażeniom towarzyszy mniej lub bardziej uzasadniona obawa, że wbrew całej swej różnorodności, Tiletum nie sprosta starszej, ale znacznie lepszej konkurencji i po kilku partiach znajdzie się na marginesie gier, którym dana jest szansa trafić na stół częściej, niż raz na kilka miesięcy. Obym się mylił, czego życzę sobie, Wam oraz wydawnictwu Board&Dice. I bynajmniej nie o sprzedaż tu chodzi, bo tej obaj wydawcy (Rebel wyda wersję PL) mogą być niemal pewni, ale prestiż i dumę z dobrze wykonanej pracy. Szkoda tylko, że gra nie jest ciut ładniejsza i komponentami jak i grafikami nie dorównuje obecnym standardom. 

To tyle z mojej strony, jeśli gra trafi w nasze łapki, jej recenzja na pewno pojawi się na podcaście Stare Kości, ponieważ Joanna wiele sobie po niej obiecuje. Póki co, pozostaje nam obserwować i kibicować. W ten oto sposób częściowo dementuję własne obawy odnośnie Tiletum, o który wspominałem w ramach audycji dotyczącej Spiel Essen 2022. Jednak bez istotnego wpływu na uprzednio przygotowaną listę gier, na które czekam najbardziej.

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.


Najnowsze Recenzje!


Co jest grane! – Najnowsze wpisy!


Rankingi, felietony i poradniki


Mysthea – Gradanie #391

A dzisiaj sięgamy na własną półkę i przyglądamy się grze, która leży tam od dłuższego czasu. Nie będziemy oszukiwać, że pojawienie się tego tytułu po polsku nie miało zupełnie wpływu na naszą decyzję. Zapraszamy do słuchania.

Czytaj dalej

El Grande Big Box – skrót zasad i moja opinia

Wśród graczy i wydawców krąży taka opinia, że aby gra mi się spodobała, musi być duża, ciężka, skomplikowana, z masą zasad i „ruchomych” elementów. Ciekawe jak zatem pójdzie grze, która ma cztery zasady na krzyż. No dobra, może ze dwie więcej, bo ogarniam edycję Big Box. Oto klasyk, czyli El Grande Big Box.

Czytaj dalej