Co jest grane! – Twilight Inscription – wrażenia z rozgrywki.
Co jest grane! – Twilight Inscription – wrażenia z rozgrywki.
ProjektJames Kniffen |
IlustracjeKilku artystów |
Liczba graczy1-8 |
Czas rozgrywki90-120 min. |
WydawcaRebel |
Rok wydania2022 |
Ocena BGG7.9 / 10 |
Moja Ocena– / 10 |
| Wykorzystane Mechaniki: roll&write | variable player powers | |
Warto przeczytać!
Drogi czytelniku, poniższy tekst nie jest recenzją, proszę więc, żebyś podszedł do niego z większym dystansem. To tylko luźna, niezobowiązująca opinia na temat gry, w którą grałem zbyt mało razy, żeby pozwolić sobie na jednoznaczną ocenę. Takie moje emocjonalne pitu pitu, wrażenia i odczucia, często po zaledwie jednej rozgrywce. Miłego czytania!
Zabawne, jakie figle potrafi czasem płatać nasze hobby. W czwartek nagrywaliśmy podcast, podczas którego przeżyliśmy chyba wszystko, może poza inwazją obcych. Doszło do dwóch awarii sprzętu, Joanna nagrywała z chorym gardłem, a Nastka (mój Terier) starała się w tym nagraniu koniecznie i niepodzielnie uczestniczyć. Doprowadziło to do finału w postaci małego kataklizmu, o którym napiszę przy okazji zapowiedzi premiery podcastowej recenzji gry Łąka z dodatkiem.
Uwaga!
Poniższe wprowadzenie jest ciut przydługie. Jeśli chciałbyś pominąć ten subiektywnie zabawny (kogo ja oszukuję?), częściowy offtop, skocz do tego akapitu 🙂
Wczorajszy dzień spędziłem częściowo w trasie, po części próbując naprawić skutki wspomnianego kataklizmu. Na zakończenie dnia postanowiłem się odstresować, a ponieważ to był piątek, piąteczek, piątunio, a my nocowaliśmy na Podlasiu, wybór był oczywisty… disco polo! Nie no żartuję, pojechałem oczywiście na planszówki :). Kto planszówki lubi i jest z Podlasia, ten zapewne zna — jeśli nie, koniecznie powinien to nadrobić — Białostocką Grupę Planszówkową „Grota”. To od pewnego czasu stały planszówkowy punkt na mapie polski, do którego wpadam średnio raz lub dwa razy w roku. Grota to miejsce, którego bardzo Podlasianom zazdroszczę. Fajne, niekomercyjne, luźne i otwarte na graczy. I chociaż z racji częstotliwości bywania nikt mnie tam nie kojarzy (ci, którzy mnie znają, zapewne zazdroszczą), zawsze czuję się tam bardzo swobodnie.
Tym razem wpadłem na tak zwaną „aferę” i było mi zasadniczo obojętne, czy oraz w co przyjdzie mi grać. Po ostatnich wydarzeniach byłem gotowy zagrać w cokolwiek, nawet maraton fillerków. Jednak los bywa czasami nader przewrotny. Napisałem o tym w kontekście niedawnego fuckupu, skutkującego rezygnacją z 12-godzinnego maratonu w TI4. I chociaż nie opuściłem go celowo, post factum czułem z tego powodu jedynie szczerą ulgę. Pomimo, że kocham trudne gry, Twilight Imperium postanowiłem odpuścić raz na zawsze, wychodząc z prostego założenia, że nie można mieć wszystkiego.
Złośliwy los miał jednak inne plany, sadzając moje dupsko przy dużym, stricte planszówkowym stole, z trudem mieszczącym Twilight Inscription, czyli premierową skreślankę z uniwersum TI. Czujecie tę ironię, ja czułem i było to… mega zabawne. Cytując Tolkiena „Nigdy nie stawaj pomiędzy Nazgulem i jego posiłkiem” 🙂 . Zamieńcie Nazgula na uniwersum TI, a posiłek na mój wątły mózg i wszystko jasne.
Podjąłem więc rzuconą rękawicę, nie tylko z racji tego, że w roli gościa nie wypadało protestować, ale przede wszystkim z powodu rozbawienia, jakiego dostarczył mi wspomniany zbieg okoliczności. Taki klasyczny planszówkowy plaskacz na poprawę samopoczucia. Dość już jednak wstępów, przejdźmy do meritum, ale zanim zaczniemy, winny Wam jestem jeszcze jedną informację. Moje doświadczenie jako gracza nie jest małe, nie tylko w kontekście całego hobby, ale przede wszystkim gier z gatunku Roll&Write. Grałem w nie na długo, zanim to się stało modne, zanim Uwe z Reinerem rozpoczęli nieformalną rywalizację na odtwórcze skreślanki. Gier typu R&W mam na liczniku kilkadziesiąt (myślę, że ponad 40), od bardzo łatwych, do najtrudniejszych. Warto wspomnieć, że najbardziej cenię sobie takie, które znajdują się pośrodku tej skali. Wychodząc z założenia, że z racji charakteru oraz przeznaczenia, skreślanki nie powinny być nazbyt złożone i długie. Gry Roll&Write, o której Wam opowiem, nie da się sklasyfikować w żadnej z powyższych grup, ponieważ poziomem złożoności wychodzi grubo poza obecną skalę. Chociaż… naszej inflacji i tak dorównać nie zdoła.
Twilight Inscription od Rebela, ciężko określić mianem kolejnej zwykłej skreślanki. To znaczy można, ale… czasem i skomplikowaniem gry przewyższa lub dorównuje sporej części (z perspektywy początkujących graczy wręcz większości), znanych Wam gier planszowych. Napisać, że nie jest łatwa, to jak nie napisać nic! To zdecydowanie najtrudniejszy, najbardziej złożony R&W, jaki poznacie. Początkowa mnogość zależności paraliżuje, chociaż nie tak, jak same zasady. Weźcie poprawkę, że to słowa gracza, który ciężkie gry zjada na śniadanie. I nie chodzi już nawet o początkową asymetryczność, wynikającą z planszy oraz zdolności frakcyjnych (tak, są i rasy, jest ich dokładnie 24), ale samą konstrukcję gry. Konstrukcję, która w zamyśle zapewniać ma doznania podobne do tych, jakie towarzyszą rozgrywkom w formacie 4X. Jak dalece zabieg ten udał się autorom, być może dowiecie się już za chwilę.
Ale żeby w ogóle teoretyzować na ten temat, na start każdy z graczy dostaje nie jedną, czy dwie, ale aż cztery duże plansze do skreślania, odpowiadające w pewnym stopniu kolejno: eksploracji, ekspansji, eksploatacji i eksterminacji. Każda całkowicie inna, podobnie złożona, zawierająca pierdyliard symboli oraz jeszcze więcej możliwości. Nie wspominając o współzależnościach oraz rozwojowi frakcji – z ograniczeniami, ale jednak. Tłumaczenie zasad zajęło nam tyle, ile trwa większość średniej ciężkości skreślanek! W trakcie i po tłumaczeniu pojawiło się mnóstwo pytań. Tym z nas, którym wydawało się, że… to banał, wątpliwości towarzyszyły jeszcze przez kilka następnych rund gry.
Pierwsza partia w Twilight Inscription, szczególnie z początku, niewiele różni się od ruletki. Grasz intuicyjnie, licząc, że coś wejdzie. W połowie rozgrywki zaczynasz dostrzegać niuanse i już wiesz, że mogłeś zagrać inaczej, zazwyczaj znacznie lepiej. Lecz nawet wtedy nie wszystko jeszcze rozumiesz, nie potrafisz spiąć tego w całość. Cztery plansze, a na nich ogrom symboli, zasobów oraz bonusów, sprawiających wrażenie, jakbyś grał w cztery różne gry i poniekąd tak właśnie jest 🙂 . W pewnym momencie dostrzegasz zależności, dzięki którym pozornie niepowiązane skreślanki zaczynają się uzupełniać i nie widzisz już czterech, tylko jedną dużą planszę do gry.
Rozgrywce towarzyszy subtelne poczucie rozwoju. Za sprawą wykreślania unikalnych arkuszy graczy (8 zestawów), aktywacji dostępnych w grze technologii, pozyskania całkowicie asymetrycznych kart reliktów (16) albo zwiększenia puli dostępnych kości (maks +3). Co ciekawe, wspomniane kości i technologie są powiązane z konkretnymi obszarami gry. Nie zapomnijmy również o asymetrycznych zdolnościach frakcji, stanowiących mocny atut gry!
W ramach rozgrywki korzystać będziemy ze sporej talii kart wydarzeń podzielonej na pięć er. Niektóre wydarzenia wywołają produkcję, wojnę lub głosowanie (karty polityki), inne zapewniają graczom dodatkowe symbole niezbędne do efektywnego rozwoju. Co ciekawe — szczególnie w odniesieniu do graczy celujących w kontrolowaną rozgrywkę — wydarzenia w ramach każdej ery są cykliczne, losowa jest jedyni kolejność ich wystąpienia.
Jak przystało na rasowy Roll&Write, całość okraszono częstymi rzutami kości, którym akompaniują subtelne dźwięki pisaków marzących (czasami dosłownie) po pokrytych laminatem planszach graczy. Wykreślania jest tyle, że czyszczenie arukszy po zakończeniu rozgrywki zajmuje kilka dobrych minut!
Skoro jesteśmy już przy wykonaniu, to muszę przyznać, że nie licząc bardzo słabych mazaków (ścieranie, rozmazywanie, kolor), Twilight Inscription prezentuje się zacnie! Dotyczy to większości komponentów, ze szczególnym naciskiem na gigantyczne customowe, przepięknie wykonane kości. Tak, jak nigdy nie grałem w trudniejszą skreślankę, tak chyba nigdy nie widziałem bogatszego wykonania gry R&W. Problem w tym, że cena Twilight Inscription przekracza zapewne skreślankowy budżet 99% rodzimych graczy i to pomimo różnorodności frakcji (okraszonych fajnymi ilustracjami) i arkuszy graczy (łącznie 32 plansze do gry pokryte laminatem/folią).
Wróćmy jeszcze na moment do mechaniki, której core praktycznie niczym nie różni się od większości znanych Wam skreślanek. Niczym poza poziomem trudności oraz liczbą (skłonny jestem nawet do użycia formy „ilością”) dostępnych w grze kombinacji, symboli, efektów oraz możliwości. Mamy tu do czynienia z prostą, klasyczną sekwencją rundy: karta — kości — wykreślanie i jest to chyba jedyny naprawdę „prosty” aspekt rozgrywki. W tle z tak popularnym dla tego gatunku wyścigiem, o realizację ogólnych celów gry. Oczywiście należy mieć na uwadze, że dotyczy to skreślanki, a więc gatunku, który w założeniu oferować ma nieskomplikowaną rodzinną rozrywkę. Twilight Inscription jest skrajnym przeciwieństwem takiego założenia, co wynika nie tylko z wysokiego progu wejścia i skomplikowania zasad, ale i czasu rozgrywki, który w naszej czteroosobowej partii (nie licząc tłumaczenia), zamknął się w 120 minutach! Część z Was pomyślała teraz zapewne, że to żaden problem. Przecież czas gry skróci się proporcjonalnie do ogrania i… jest to częściowo prawdą. Problem w tym, że wraz z doświadczeniem przychodzi świadomość, a z nią ogrom możliwości. Na ich rozpatrzenie potrzeba czasu, a przecież nie mówimy tu o grze na 30 min, tylko nieodrodnej, chociaż młodszej i mniejszej siostrze TI4! Przy tak zaawansowanym tytule, zejście z czasem gry do 90 minut uznam za wysoce satysfakcjonujący wynik, niemniej 120 to jednak ciut za długo.
Tak to właśnie wygląda z mojej perspektywy, po zaledwie jednej partii, zakończonej na niezłym, bo drugim miejscu. Gdybym miał Wam dziś napisać, dlaczego dopiero druga, albo aż druga lokata, to w odpowiedzi postawiłbym wielki „?”. Nie tylko dlatego, że sam nie do końca wiem, co zrobiłem dobrze, a co źle, Na tak postawione pytanie odpowiedź przyjdzie zapewne dopiero po kilku partiach. Najważniejsza kwestia dotyczy jednak problemu kontroli współgraczy, a ta jest niemal żadna! Praktycznie nie wiemy, co robią nasi rywale. Jakie mają umiejętności, kiedy je wykorzystują, a na domiar złego, czy robią to poprawnie. Co więcej, wcale nas to nie obchodzi, bo mamy do ogarnięcia własny burdel, a sąsiedzi… cóż, możemy mieć jedynie nadzieję, że grają świadomie i zgodnie z zasadami (dobry żart). Z przykrością stwierdzam, że poza czasem rozgrywki, to główny problem gry. Tym bardziej że pięciokrotnie w jej trakcie dochodzi do walki opartej na porównaniu sił, na zasadach, jakie znamy z gry 7 Cudów. Tym bardziej skłaniać nas to powinno do poświęcania uwagi współgraczom, ale… zazwyczaj jest to niewykonalne.
Kiedy zasiadłem do Twilight Inscription, a później w trakcie tłumaczenia zasad i jeszcze kilka raz w czasie rozgrywki wątpiłem. Zastanawiałem się „Co ja tu właściwie do cholery robię?”. Kiedy jednak piszę powyższe słowa, kosmiczny pył już opadł, a ja mam poczucie dobrze spędzonego czasu. Na tyle, że chętnie zagrałbym ponownie. I chociaż do skomplikowanych gier R&W podchodzę jak pies do jeża, to skreślane TI sprawiło mi zaskakująco dużo frajdy. Wprawdzie żeby to zrozumieć, musiałem najpierw się z tym przespać, a następnie kilka razy strzelić w pysk, ale czego nie robi się dla dobra planszówkowego hobby?
Czy to oznacza, że skreślankę spod znaku TI mogę polecić z czystym sumieniem każdemu z Was? Absolutnie nie! Twilight Inscription odstraszy zapewne 9 na 10 losowych graczy, nieświadomych tego, co ich czeka. Najpewniej połowa z nich odpadnie już na etapie tłumaczenia zasad, a kolejni skończą z długotrwałą awersją do używania ścieralnych pisaków. Jednak ci, którzy przetrwają próbę, powinni być ukontentowani, nawet jeśli pierwszą rozgrywkę spiszą na straty. Wprawdzie nie należę do fanów TI, dlatego nie dostrzegam w grze klimatu uniwersum, ale całkiem udany substytut gier 4X oraz szereg powiązań tematyczno-mechanicznych już tak. Nie wiem, czy Twilight Inscription stanie się popularne wśród fanów TI, lecz wydaje się to wielce prawdopodobne. I choć próg wejścia — jak na ten gatunek gier — jest ogromny, a świadoma rozgrywka wymaga odpowiedniego ogrania, myślę, że trafi również w gusta graczy, którzy Twilight Imperium omijają szerokim łukiem.
Mnie tytuł ten przekonał różnorodnością, na którą składa się spora asymetryczność, strategiczne bogactwo oraz daleko posunięte poczucie optymalizacji. Tym bardziej, że rozgrywce w Twilight Inscription nie towarzyszy poczucie ciągłego, wtórnego przetwarzania zasobów, które często bywa domeną zaawansowanych gier z tego gatunku. Pozytywne wrażenie dominuje, pomimo pewnych uwag, dotyczących braku kontroli współgraczy, aspektu walki oraz balansu poszczególnych frakcji. Podchodziłem do Twilight Inscription z dużym respektem i nie mniejszym pesymizmem, ale finalnie… Finalnie okazało się, że mam ochotę zagrać ponownie i jeśli mam być szczery, jestem tym faktem kompletnie zaskoczony 🙂 .


Projekt
Ilustracje
Liczba graczy
Czas rozgrywki
Wydawca
Rok wydania
Ocena BGG
Moja Ocena




Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.