Zabawne, jakie figle potrafi czasem płatać nasze hobby. W czwartek nagrywaliśmy podcast, podczas którego przeżyliśmy chyba wszystko, może poza inwazją obcych. Doszło do dwóch awarii sprzętu, Joanna nagrywała z chorym gardłem, a Nastka (mój Terier) starała się w tym nagraniu koniecznie i niepodzielnie uczestniczyć. Doprowadziło to do finału w postaci małego kataklizmu, o którym napiszę przy okazji zapowiedzi premiery podcastowej recenzji gry Łąka z dodatkiem.
Uwaga!
Poniższe wprowadzenie jest ciut przydługie. Jeśli chciałbyś pominąć ten subiektywnie zabawny (kogo ja oszukuję?), częściowy offtop, skocz do tego akapitu 🙂
Wczorajszy dzień spędziłem częściowo w trasie, po części próbując naprawić skutki wspomnianego kataklizmu. Na zakończenie dnia postanowiłem się odstresować, a ponieważ to był piątek, piąteczek, piątunio, a my nocowaliśmy na Podlasiu, wybór był oczywisty… disco polo! Nie no żartuję, pojechałem oczywiście na planszówki :). Kto planszówki lubi i jest z Podlasia, ten zapewne zna — jeśli nie, koniecznie powinien to nadrobić — Białostocką Grupę Planszówkową „Grota”. To od pewnego czasu stały planszówkowy punkt na mapie polski, do którego wpadam średnio raz lub dwa razy w roku. Grota to miejsce, którego bardzo Podlasianom zazdroszczę. Fajne, niekomercyjne, luźne i otwarte na graczy. I chociaż z racji częstotliwości bywania nikt mnie tam nie kojarzy (ci, którzy mnie znają, zapewne zazdroszczą), zawsze czuję się tam bardzo swobodnie.
Tym razem wpadłem na tak zwaną „aferę” i było mi zasadniczo obojętne, czy oraz w co przyjdzie mi grać. Po ostatnich wydarzeniach byłem gotowy zagrać w cokolwiek, nawet maraton fillerków. Jednak los bywa czasami nader przewrotny. Napisałem o tym w kontekście niedawnego fuckupu, skutkującego rezygnacją z 12-godzinnego maratonu w TI4. I chociaż nie opuściłem go celowo, post factum czułem z tego powodu jedynie szczerą ulgę. Pomimo, że kocham trudne gry, Twilight Imperium postanowiłem odpuścić raz na zawsze, wychodząc z prostego założenia, że nie można mieć wszystkiego.
Złośliwy los miał jednak inne plany, sadzając moje dupsko przy dużym, stricte planszówkowym stole, z trudem mieszczącym Twilight Inscription, czyli premierową skreślankę z uniwersum TI. Czujecie tę ironię, ja czułem i było to… mega zabawne. Cytując Tolkiena „Nigdy nie stawaj pomiędzy Nazgulem i jego posiłkiem” 🙂 . Zamieńcie Nazgula na uniwersum TI, a posiłek na mój wątły mózg i wszystko jasne.
Podjąłem więc rzuconą rękawicę, nie tylko z racji tego, że w roli gościa nie wypadało protestować, ale przede wszystkim z powodu rozbawienia, jakiego dostarczył mi wspomniany zbieg okoliczności. Taki klasyczny planszówkowy plaskacz na poprawę samopoczucia. Dość już jednak wstępów, przejdźmy do meritum, ale zanim zaczniemy, winny Wam jestem jeszcze jedną informację. Moje doświadczenie jako gracza nie jest małe, nie tylko w kontekście całego hobby, ale przede wszystkim gier z gatunku Roll&Write. Grałem w nie na długo, zanim to się stało modne, zanim Uwe z Reinerem rozpoczęli nieformalną rywalizację na odtwórcze skreślanki. Gier typu R&W mam na liczniku kilkadziesiąt (myślę, że ponad 40), od bardzo łatwych, do najtrudniejszych. Warto wspomnieć, że najbardziej cenię sobie takie, które znajdują się pośrodku tej skali. Wychodząc z założenia, że z racji charakteru oraz przeznaczenia, skreślanki nie powinny być nazbyt złożone i długie. Gry Roll&Write, o której Wam opowiem, nie da się sklasyfikować w żadnej z powyższych grup, ponieważ poziomem złożoności wychodzi grubo poza obecną skalę. Chociaż… naszej inflacji i tak dorównać nie zdoła.
Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.