Oto nastał dzień po długiej nocy, smutek ustąpił miejsca radości, a wieczna tęsknota znalazła tak potrzebne ukojenie. Przyszedł bowiem czas Najeźdźców ze Scytii powstałych niczym Feniks z popiołów, kończąc w ten sposób udrękę i tęsknotę wielu graczy. Dostępnych na wyciągnięcie ręki i każdą kieszeń, bez konieczności sprzedaży nerki, Fiata Punto, czy limitowanych papierków po lodach. Scytowie czy wikingowie — ganc pomada, najważniejsze, że są i cieszą jak dawniej, a kto wie, czy nie bardziej? Sprawdźmy więc ile w tym prawdy, ale zanim przejdziemy do meritum, chciałbym wyjaśnić jeszcze jedną kwestię.
Nie należę i nie należałem do orędowników serii Najeźdźców z Północy (pierwowzoru Najeźdźców ze Scytii), dlatego daleki jestem od zrozumienia hypu, który przypadł im w udziale. Pomimo że umiejętności Pana Shema Phillipsa cenię sobie na tyle wysoko, że posiadam nie jedną, a kilka jego gier. W Najeźdźców z Północy grałem wielokrotnie, dobrze się przy nich bawiąc, ale… Bądźmy szczerzy, gdyby nie totalny fakap wydawnictwa Games Factory, nie byłoby, o czym pisać. Niech więc mój ambiwalentny stosunek do wspomnianej serii, będzie dla Was punktem wyjścia dzisiejszej recenzji, a teraz przejdźmy wreszcie do meritum!
Najeźdźcy ze Scytii przenoszą nas w czasy starożytne, dając asumpt militarnej ekspansji walecznych Scytów na ziemię Krymu, Asyrii, Persji, a nawet Grecji. Naszym celem jest śmierć, pożoga i łupy, przede wszystkim łupy! W tym celu będziemy rekrutować jednostki, budować wozy, zbierać ekwipunek, zapasy i alko (Kumys), a kiedy nadejdzie czas — uderzymy, dla chwały, łupów i dobrej rozpierduchy oczywiście! Jeśli po tych słowach nakręciłeś się na epicką przygodę, to sugeruję ochłonąć. Najeźdźcy to nie ameri, tylko strategiczno-taktyczna gra euro, oparta na niezwykle popularnej mechanice worker placement.
↺
Co w pudełku piszczy?
Widziałem Kickstarterową edycję Najeźdźców z Północy, a w domu mam kompletną serię Zachodnich Królestw i wszystkie ustępują wykonaniu Najeźdźców ze Scytii! Szczególnie jeśli chodzi o jakość i bogactwo komponentów. Na najwyższe wyróżnienie zasługują drewniane, kształtowane znaczniki zasobów, płótnowane, trwałe karty oraz grube plansze do gry.
Aspekt wizualny pozostawiam do prywatnej oceny, warto jednak zauważyć, że ilustracje zostały wykonane przez brata samego autora. Jednych zachwycą, innych zniechęcą, w moim odczuciu Sam Phillips nie ma się czego wstydzić. Jego projekt jest estetyczny i ciekawy. Troszkę doskwiera brak kreski Pana Dimitrievskiego oraz utrata spójności graficznej poszczególnych serii, ale może nie ma tego złego…
Na minus problemy z czytelnością planszy, szczególnie przy sztucznym oświetleniu. Do pstrokacizny można się przyzwyczaić, gorzej z ikonografią. Jest przyjemna dla oka, ale niektóre symbole są tak podobne, że nie trudno o kosztowną pomyłkę. Pomimo drobnych problemów, całokształt wykonania oceniam bardzo pozytywnie.
↺
Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.