Teksty pisane nie tylko o samych grach, ale również na tematy związane z graniem

Zostałem ukarany…

Kilka minut temu wybiła północ.

Cały dzień w pracy i… wieczór też w pracy.

Ale już miło, bez kompa, tylko kartki, nożyczki i klej w rękach.  Powstaje nowy prototyp sequelu Bożego Igrzyska – w sam raz na zbliżający się MiędzyPionek oraz Pyrkon.

Nawet piwko z lodówki wylosowało się w klimacie.

kasztelan

A potem spotykam go. Burzy cały spokój i równowagę. Czytaj dalej

Gry na stole i w stole już wkrótce

Swego czasu napisałem na blogu dwa teksty (jeden, dwa), które brakiem zrozumienia traktowały dziwną niechęć co poniektórych miłośników gier planszowych do nowych technologii, które można wykorzystać w naszym hobby. Zdania nie zmieniłem, a nawet powiem więcej, coraz śmielej rozkręcam się w swoich wizjach.

Czytaj dalej

Gender Kombat

Znajomy niedawno poprosił mnie o radę przy wyborze gry. Ważne by działała na dwie osoby, bo będzie pykał z dziewczyną. Ważne też, by miała dużo negatywnej interakcji, bo on ją uwielbia.

– Stary – odrzekłem – wymagasz niemożliwego. Przecież dziewczyny nie cierpią negatywnej interakcji.

– That’s what she said.

Przypadek? Nie sądzę.

Czytaj dalej

O Nehemiaszu słów kilka (i instrukcja do poczytania)

Jeszcze nie skończyłem zachęcać was do Ery Husarii, która małymi kroczkami zbliża się do wydania (trzymajcie kciuki/módlcie się, żeby udało się jeszcze w tym roku;)), ale dzisiaj chcę napisać co nieco o Nehemiaszu. Jako, że wydawca rozpoczął przedsprzedaż tej gry w swoim sklepie w bardzo niskiej cenie 74zł, pozwólcie, że zachęcę lub zniechęcę was trochę do tej gry 🙂

Po pierwsze coś o wydawcy, czyli  o Grach Leonardo. Pierwszą grą, jaką wysłałem do tego wydawcy był prototyp gry typu „pick-up and deliver”, w której wozimy paczki po Europie. Wydawca był wstępnie zainteresowany (ile razy już to słyszałem…), ale ostatecznie zrezygnował z gry. Pół roku później wysłałem im kolejną grę – Nehemiasza. Z Nehemiaszem było trochę podobnie – gra się wstępnie podobała, ale wydawca zażyczył sobie poprawek. A poprawek było naprawdę dużo – zaczęło się od wariantu zaawansowanego, w którym licytujemy się o karty dodatkowe. Cieszę się, że wydawca mnie do tego popchnął – jestem bardzo zadowolony z tego wariantu. Kolejną rzeczą było uproszczenie i dopracowanie wariantu 2-osobowego. Naprawdę zajęło mi to sporo czasu na testy i rozmowy z Witoldem Janikiem (pracownik Gier Leonardo). Niekończące się sprawdzanie instrukcji, osiemnaście wersji symboli na kartach i żetonach i mnóstwo małych zmian. Naprawdę mam nadzieję, że ostatecznie została najlepsza wersja gry 🙂 Pierwszy raz grę wysłałem do wydawcy 2 lata temu – także sami widzicie, jak długi nieraz bywa cały proces wydawania gry.

Ale przejdźmy do samej gry.
Nehemiasz to zbieg pomysłu na mechanikę i temat w jednym momencie. Z jednej strony chciałem zrobić grę w temacie tej biblijnej księgi (czytałem wtedy właśnie Nehemiasza i ta historia mocno na mnie wpłynęła) i nie mogłem wymyślić niczego nowatorskiego – cały czas przychodziły mi na myśl typowe gry w budowanie zamku/miasta z mechanizmem worker placement. W międzyczasie (nie myśląc o konkretnym temacie) wpadłem na pomysł gry worker placement ze zmieniającymi się kartami akcji. Pewnego dnia (jak już się pewnie spodziewacie) połączyłem te dwa pomysły no i tak powstał „Nehemiasz”.


Jak działa Nehemiasz?
W grze mamy kilka kolumn po 4 karty akcji. W swojej turze masz tylko 2 opcje – możesz wystawić pracownika na najniższą pustą kartę w dowolnej kolumnie lub aktywować (kładąc na boku) dowolnego robotnika.
Gdy aktywujesz robotnika, możesz także skorzystać z dowolnej karty która jest w tej samej kolumnie poniżej twojej karty i już jest aktywowana. Za wykorzystanie każdej karty płacisz graczowi, który ma na niej swojego pionka 1 złota. Banalny mechanizm pozwalający na tworzenie fajnych kombinacji akcji i planowanie długoterminowe.
Po aktywowaniu 4tej, najwyższej karty w kolumnie, cała zostaje odrzucona, a pionki robotników wracają do graczy – w tej sytuacji nawet nieaktywowani robotnicy wracają do właścicieli. Następnie wystawiamy nową kolumnę kart i gramy dalej. Po zakończeniu każdej z trzech rund przyznawane są punkty za budowę muru, ofiary w świątyni i strażników na przedpolach.

I w tym leży całe piękno gry. Z jednej strony w swojej turze mamy ograniczony zakres możliwości, co oznacza, że gra przebiega sprawnie i szybko. Z drugiej strony kolumny kart akcji wprowadzają sporą zmienność, ciekawe decyzje i kombinacje. Dodatkowo same kolumny mają interesującą zależność – im niżej postawimy robotnika w rzędzie, to po wykorzystaniu jest spora szansa, że zarobimy złoto od innych graczy. A postawienie robotnika na 4tej karcie daje nam sporą kontrolę – to my decydujemy, kiedy kolumna zostanie odrzucona i pojawi się nowa, co wprowadza sporą interakcję między graczami.

Akcje pozwalają na zbieranie drewna i złota, które wykorzystujemy na akcje odbudowy muru i bram, a także wystawianie straży przed murem i ofiarę na świątynię. Oprócz tego, mamy akcje specjalne i różne kombinacje akcji podstawowych.

Losowe rozłożenie kart w kolumnach (karty podzielone są na 3 rundy gry i pojawiają się w dowolnej kolejności), sprawia, że każda rozgrywka naprawdę będzie zupełnie inna od poprzedniej. Dodatkowo mamy wariant zaawansowany, w którym licytujemy karty specjalne, a te znacznie zmieniają grę.

 

Jeśli szukasz gry worker placement z naprawdę świeżym mechanizmem, fajnym tematem i średnim poziomem skomplikowania to napradwę polecam Nehemiasza (szczególnie w takiej cenie).  Partia trwa 30-45 minut, a wariancie zaawansowanym do 60 minut.

 

A tutaj instrukcja do gry w wersji niemalże finalnej – premierowo na ZnadPlanszy.pl 🙂

Instrukcja Nehemiasza

Pierwszy raz na podium

Minął tydzień od Brzeskiego Festiwalu Gier Planszowych. To dla mnie najważniejsze planszówkowe wydarzenie roku (oczywiście po SPIEL). To właśnie w Brzegu zaangażowałam się na dobre w świat nowoczesnych gier. Kupiłam tam swoją pierwszą planszówkę i poznałam wspaniałych ludzi. Cztery lata temu przestałam być tylko gościem imprezy, ale pomagam też przy tłumaczeniu zasad oraz przy turniejach. To też jeden z niewielu festiwali, podczas których sama startuję w konkursach.
Tym razem zupełnie nieświadomie wygrałam turniej w Budowę zamku. Wystartowałam w nim pomimo ostrzeżeń organizatorów. Podobno dorośli nie mają szans w starciu z dziećmi. Do tej pory grając w tę grę nie odnosiłam jakiś spektakularnych sukcesów. Postanowiłam jednak dobrze się bawić, tym bardziej, że bardzo lubię ten tytuł. W turnieju wystartowało niewielu dorosłych. Wszyscy mieli podobne nastawienie: gramy dla przyjemności. Atmosfera była tak fantastyczna, że nie zauważyłam, kiedy wygrałam finał. Musiałam komicznie wyglądać stojąc na podium w otoczeniu samych dzieci.Wszystkich jednak zapewniałam, że to one „dały mi wygrać”. Muszę zaznaczyć,  że była to moja pierwsza wygrana w życiu. 🙂


W drugim turnieju grałam w iKnow. Niestety rozgrywki eliminacyjne były zdominowane przez mężczyzn. W turnieju uczestniczyło kilkanaście osób, w tym tylko trzy lub cztery panie. Na szczęście całość wygrała kobieta. Przynajmniej ona utarła panom nosa. W trakcie rozgrywek panowała bardzo wesoła atmosfera. Tym bardziej, że nie znaliśmy naszych przeciwników i nie wiedzieliśmy, czym mogą nas zaskoczyć. 🙂


W trzecim turnieju zasiadłam do Listu miłosnego. Grę znam od ponad roku. Mam ją w swojej kolekcji i uczestniczyłam już  w turnieju we Wrocławiu. Lubię w nią grać, dlatego bez zawahania zgłosiłam się do rozgrywek. Zabawa była przednia. Było to na pewno zasługą współgraczy. Zaczęli już podejrzewać mnie o to, że jestem jakąś czarownicą, ponieważ bardzo często udawało mi się zgadnąć, jaką postać ma przeciwnik. Szczególnie pozdrawiam Szymona i Miłosza, którzy jeszcze przed zagraniem swojej pierwszej karty, zostali wyeliminowani. Tak właśnie było w finale w trakcie walki o drugie miejsce. Muszę przyznać, że przeciwników miałam bardzo dobrych. Pomimo młodego wieku, świetnie grali i eliminowali kolejnych graczy.


Niestety nie mogę się pochwalić jakąś nową grą, w którą zagrałam w Brzegu. Poznałam za to nowe osoby, które podzielają moją pasję. Mam nadzieję, że spotkamy się podczas kolejnej planszówkowej imprezy.

Jak poznałem Ignacego

Dzisiaj recenzji nie będzie. Jako, że na blogu mogę pisać felietony, opowiem Wam jak poznałem Ignacego Trzewiczka.  Historia jest dosyć zabawna i idę w zakład, że Ignacy nie pamięta, kiedy zawarliśmy znajomość. Ale zacznijmy po kolei.

Czytaj dalej

Jak poznałem Ignacego

Dzisiaj recenzji nie będzie. Jako, że na blogu mogę pisać felietony, opowiem Wam jak poznałem Ignacego Trzewiczka.  Historia jest dosyć zabawna i idę w zakład, że Ignacy nie pamięta, kiedy zawarliśmy znajomość. Ale zacznijmy po kolei.

Czytaj dalej

Wyścig do Renu – okładkowe szaleństwo.

Dwa tygodnie temu odwiedziliśmy targi gier w Norymberdze, by zaprezentować kilku wydawcom naszą propozycję na 2014 r., czyli grę 1944 MONTY vs. PATTON Wyścig do Renu.

Przygotowaliśmy elegancki mockup, sztywną planszę, karty, żetony i drewniane komponenty. No i ulotkę, by coś zostało w rękach rozmówcy po przeprowadzonym pokazie. Na zdjęciu widać, jak prezentujemy prototyp Ericowi W. Martinowi, newsmanowi BGG. Przedmiotowa ulotka leży na jego kolanach.

pic1920550

No ale na tej ulotce musieliśmy pokazać jakieś pudełko.

I się zaczęło…

Czytaj dalej

Misja

Panie, panowie, graczki i gracze. Nie ulega wątpliwości – mamy misję. Misję nawracania ludu na nasze hobby. Mamy więc w domach kilka tytułów typu gateway, którymi karmimy świeżynki. Gry, które zawsze się sprawdzały i pochwyciły w swoje szpony większość naszych gości. A my, z triumfem wypisanym na twarzy zacieramy ręce, że misja została spełniona, rybki złapane i będziemy mieli kolejnych przyjaciół znad planszy.

Czytaj dalej

Kolejne gry na radarze

Jaki poniedziałek – taki podobno cały tydzień. Mam nadzieję, że to przekłada się też na sferę gier. Spędziliśmy bowiem poniedziałek w bardzo miłym towarzystwie znajomych oraz gier planszowych. Tym razem nikt z nas nie grał wcześniej w proponowane tytuły – szanse były więc wyrównane.

Zagraliśmy tylko w dwie gry, musieliśmy bowiem wrócić do Opola, ale były to bardzo owocne rozgrywki. Zaczęło się od Survive: Escape from Atlantis! Tytuł ten ma długą historię. Pierwsza edycja pojawiła się w USA i w Kanadzie w 1982 roku. Cztery lata później wydano ją w Europie, z odrobinę zmienionymi zasadami, pod Escape from Atlantis. Dzięki Stronghold Games Survive doczekało się w 2011 roku kolejnej edycji. Byłam bardzo ciekawa tego wydania, ponieważ w swojej kolekcji posiadam wersję z 1986 roku.

To co się od razu rzuca w oczy, to zmiana szaty graficznej oraz elementów. W wersji z lat 80-tych wyspę tworzą plastikowe trójwymiarowe elementy. W grze występują też delfiny, ośmiornice, delfiny, kraby, potwory morskie oraz łódki – które również są plastikowe. Wszystko robi wrażenie, szczególnie na małych graczach. W przypadku nowej wersji płytki terenu są tekturowe, a pozostałe elementy drewniane. Zerkając tylko na grafikę, otrzymujemy jasny komunikat, że to nie jest już gra skierowana głównie do dzieci, ale przede wszystkim przygodowa gra rodzinna. Wprowadzono też zmiany w zasadach. Tu również wyspa kurczy się, a symbole znajdujące się pod płytkami oznaczają akcje, które należy wykonać. Różnica polega jednak na tym, że nie wszystkie akcje trzeba wykonać od razu. Są bowiem również płytki, które możemy zachować na „później”. Dzięki temu gra nabiera rumieńców. W wersji „Escape…” wygrywa osoba, która uratowała największą ilość pionków. W Survive nie liczy się ilość pionków, ale ich wartość. Każdy „odkrywca” ma od spodu zaznaczoną wartość punktów. Wygrywa osoba z największą ich ilością.

Dawno się tak nie uśmiałam, ani nie „powyżywałam” na innych graczach. Nie dość, że trzeba kombinować, jak uratować swoich, to jeszcze trzeba kierować w stronę przeciwników potwory, rekiny, czy wieloryby. Dzięki możliwości zostawienia na później płytek akcji gra staje się odrobinę nieprzewidywalna (nie wiemy, co mają przeciwnicy), ale z drugiej strony nie jesteśmy ślepo zdani na los, tylko możemy ich użyć w dowolnym momencie. W tak prostej grze jest naprawdę sporo emocji.

Drugą grą była iKNOW. Na początku, podobnie jak inni, bałam się „kompromitacji”, a właściwie tego, że wyjdę na „blondynkę”. Na szczęście pytania i podpowiedzi są tak skonstruowane, że nawet nie znając odpowiedzi nikt nie czuje się pokrzywdzonym. W dodatku na pytanie odpowiadamy według ustalonej wcześniej kolejności. Jeżeli jesteśmy więc na końcu, możemy się posiłkować wiedzą innych. Ciekawym motywem jest też obstawianie tego, czy ktoś zgadnie odpowiedź. Pytań jest naprawdę sporo, a są one tak różnorodne, że każdy sobie z nimi poradzi. Byłam naprawdę miło zaskoczona.

Niestety, tym sposobem, po jednym wieczorze na moim „radarze” pojawiły się dwie kolejne gry.

Nowości z serii SmartGames

Rozpoczęły się targi w Norymberdze. Wielu wydawców gier planszowych pojawiło się na nich z prototypami, będą też premiery. Targi te to również podpisywanie umów między wydawcami i dystrybutorami. Jak zwykle czekam na wspaniałe belgijskie łamigłówki z serii SmartGames, z nadzieją, że pojawią się również na polskim rynku, dzięki wydawnictwu Granna.

Czytaj dalej

To jak to jest z tym mainstreamem?

Kiedy zaczynałem się bawić w planszówki (nie tak znowu dawno, coś koło 2008 roku) to owszem widać było, że coś jest na rzeczy, ale zdecydowanie było to hobby niszowe. Przez te kilka lat z pewnością sporo się zmieniło, ale jakby mnie ktoś spytał, czy dalej gry planszowe to niszowa zabawa, to nie byłbym w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Ostatnio właśnie mnie naszła taka refleksja w tym temacie przy okazji imprez Sylwestrowych. Po kolei jednak…

Czytaj dalej

Karta-stół! Dinozaur-plansza!

Rzadko grywam z ludźmi wyznającymi zasadę karta-stół. Nie w nowoczesne planszówki. Mam jednak takiego jednego kolegę – Karola, który używa tej zasady bezlitośnie i za każdym razem. Dawno temu, gdy graliśmy sobie w świeżo odpakowane Evo, zastanawiałem się gdzie by tu urodzić nowego Tyranozaura i po mych słowach „Chociaż nie, stawiam go jednak na tym polu” usłyszałem z boku „Hola, Hola, kolego! Dinozaur-plansza!”

Czytaj dalej

Trafiło się ślepej kurze hasbro

Czy planszówkowiec może doświadczyć czegoś gorszego, niż impreza pod znakiem Hasbro? Może. To Sylwester spędzony pod znakiem Hasbro.

Czytaj dalej

Wybierz ród dla siebie.

Znadplanszy jest serwisem o współtworzeniu. Ludzie piszą tu z indywidualnej chęci tworzenia, przyczyniając się jednocześnie do rozwoju naszego hobby sensu largo. Każdy dokłada kamyczek do wspólnego ogródka, według własnych zdolności i talentów – jedni piszą, inni robią zdjęcia, jeszcze inni nagrywają audio czy video. Liczba aktywnych autorów, wielość tekstów i komentarzy przekonują, że lubimy współtworzyć te nasze planszówki.

Ja też. Czytaj dalej

Angry Birds Playground

We wrześniu 2013 roku firma Rovio, właściciel znanych na całym świecie gier i produktów z serii Angry Birds, przedstawiła nową nazwę dla części swoich produktów Angry Birds Playground. Wszystkie te produkty skierowane są do dzieci i mają na celu wspieranie ich rozwoju. Firma Rovio nawiązała współpracę z Wydziałem Pedagogiki Uniwersytetu w Helsinkach, NASA, CERN, National Geographic Society i in. realizując w ten sposób koncepcję nauki przez zabawę.

Czytaj dalej

Muzyka jest dobra na wszystko!

Grywacie w RPGi?
To te śmieszne gry, w których nie ma planszy, ale jest Mistrz Gry (GM), który staje na głowie, by pozostali uczestnicy się dobrze bawili. Zaangażowanie GMa zaczyna się od wymyślania fajnych, ciekawych przygód, zawierających zaskakujące zwroty akcji, trudne decyzje i podniosłe momenty. Z czasem jednak GM gimnastykuje się coraz bardziej i chwyta wszystkiego, by jego sesje były klimatyczne i niezwykłe. Jednym z narzędzi jest szeroko pojęte tło dźwiękowe, które nieraz potrafi wręcz wysyłać graczy w wykreowany świat.
Ten zabieg… działa również przy planszy.

  Czytaj dalej

Granie do karpia

W moim przypadku tytuł jest zwodniczy, bo sam nie jadam mięsa od ponad 20 lat, ale w mojej rodzinie nikt nie wyobraża sobie Wigilii i Świąt bez tej ryby, tak jak i ja nie wyobrażam sobie spędzenia wolnych dni bez prób pogrania sobie w planszówki. Po latach doszedłem do jednej prawdy, że gier nie należy promować na siłę i wszelkiego rodzaju planowanie w towarzystwie planszowych naturszczyków nie ma sensu. Albo będziecie wzięci za poczciwych wariatów, albo wyładowane torby z grami przywieziecie z powrotem nietknięte do domu.

Czytaj dalej

Klątwa Wydawnictwa Portal

Co roku, tuż przed świętami przypominam sobie o klątwie, którą rzucił na mnie Trzewik wraz z Multidejem podczas targów w Essen w roku 2010. Okazja ku temu jest dosyć błaha. Po prostu, podczas przedświątecznych porządków otwieram w końcu tę szafę, w której leżą moje gry porzucone. Czytaj dalej

O grach … zawsze i wdzędzie

Jeszcze pięć lat temu, gdy mówiłam, że gram w gry planszowe, nierzadko spotykałam się z dziwnym uśmieszkiem i stwierdzeniem: „ale to przecież dla dzieci”. Teraz, gdy opowiadam o swojej pasji, moi rozmówcy chętnie włączają się do rozmowy i traktują mnie poważnie. Czasami, sama jestem zaskoczona ich reakcją.

Wraz z koleżanką z radia prowadziłyśmy dziś w Filharmonii Opolskiej jubileuszową galę pewnego konkursu. Po imprezie podchodziło do nas sporo osób. Rozmawialiśmy o  gali, o naszej pracy, o redakcji itd. Jeden Pan jednak podszedł w całkiem innej sprawie. Powiedział, że włączył kiedyś stację, w której pracuję i akurat leciała audycja o grach planszowych. Byłam bardzo zaskoczona, że skojarzył, że to akurat ja w niej występowałam. Potem dodał, że jest dyrektorem domu kultury w pewnej gminie i że przygotowuje projekt związany z planszówkami i właśnie w tamtym dniu zastanawiał się, do kogo zwrócić się o pomoc. Wtedy włączył radio i dowiedział, się, że pasjonatów gier nie brakuje. Dziś miał okazję ze mną osobiście porozmawiać. Nie spodziewałam się, że tego typu rozmowy będę prowadzić na finale konkursu literackiego. To jednak jeszcze nic. Miesiąc temu byłam umówiona na nagranie w Kaliszu. Z Wrocławia jechałam z właścicielką pewnej agencji reklamowej. Nigdy jej wcześniej na oczy nie widziałam, rozmawiałam z nią tylko przez telefon. Zastanawiałam się więc, o czym będziemy rozmawiać przez dwie godziny jazdy. Czasem i dziennikarzy dopadają takie pytania. J Co się okazało? Jeszcze we Wrocławiu zaczęłyśmy rozmawiać o grach planszowych. Pani gra z mężem i ze znajomymi. Lubi Osadników z Catanu. Do zagrania czeka u niej w domu Agricola. Z synem gra w Pędzące żółwie. Natomiast ze znajomymi „przy wódce” gra w Dobble. Cytuję: „bo w tę grę nie można grać na trzeźwo”. Gdy opowiadałam tę anegdotę później w radiu, wszyscy oczywiście śmiali się, że już w każdej sytuacji, potrafię przejść na temat planszówek. Mam nadzieję, że takich historii będę mieć jeszcze więcej. W końcu moja pasja jest poważnie traktowana i nie muszę tłumaczyć, że: „nie, nie gram w Chińczyka”.