Relacja z Mistrzostw Polski 2015 by Jander
Zapraszam na obszerną relację z Mistrzostw Polski oczami Jandera – czyli jak być pierwszym po 6 rundach swiss’a 🙂
Inermis
Teksty pisane nie tylko o samych grach, ale również na tematy związane z graniem
Zapraszam na obszerną relację z Mistrzostw Polski oczami Jandera – czyli jak być pierwszym po 6 rundach swiss’a 🙂
Inermis
Mistrzostwa Polski za nami, sezon turniejowy skończony. No, niektórzy pojadą jeszcze na Mistrzostwa Świata w Listopadzie, ale zanim to nastąpi zapraszam do przeczytania posezonowej relacji napisanej przez Jandera.
Inermis
Wszystko zaczęło się 2 lata temu. Pomyślałam sobie: „Dziecko w przedszkolu, dobre podejście do dzieci, spore możliwości czasowe, twórczy potencjał i wiedza. Jak tego nie wykorzystać?” Okazałam się odważną mamą. Okazałam się bardzo aktywną mamą. 2 lata minęły nie wiem kiedy. Czytaj dalej
20 maja, w przedszkolu przy SP nr 3 w Trzebini, odbyły się niezwykłe zajęcia dla najstarszych grup przedszkolaków. Niezwykłe, bo odwiedził je zacny gość. Niezwykłe, bo dzieci odbyły wirtualną podróż do dalekiego kraju. Niezwykłe, bo tego dnia odbył się turniej z prawdziwym sędzią. Czytaj dalej
W miniony poniedziałek, na zajęciach z Dobutsu shogi w przedszkolu, pokazałam dzieciom oryginalną wersję Goro-Goro Dobutsu shogi. Zainteresowanie było ogromne. Wśród bierek pojawił się piesek i kotek, w dodatku kotek dorastał tak jak kurczaczek. Było dużo zwierzątek na planszy i plansza się powiększyła. Dzieci mogły również obejrzeć instrukcję, całą napisaną w języku japońskim! Zachwyt. Czytaj dalej
Gdzie najczęściej koncentrują się domowe imprezy?
W kuchni.
Bo można odsapnąć i porozmawiać sącząc coś kolorowego.
W kuchni panuje chillout.
Gdzie swobodnie dyskutuje śmietanka towarzyska podczas oficjalnych rautów?
W kuluarach.
Bo można poluzować krawat, pozwolić sobie na niewymuszony dowcip i spuścić powietrze.
W kuluarach robi się najlepsze interesy.
Na profilu Facebook Krainy Planszówek rozegraliśmy partię w Dobutsu shogi. Użytkownicy FB mogli proponować kolejne ruchy, grając przeciw shogiście Wojtkowi Jedynakowi. Zapis przebiegu rozgrywki przedstawiłam w 2 częściach (cz. 1, cz. 2), czas więc na podsumowanie przygotowane krok po kroku przez Wojtka, z którym toczyliśmy pojedynek.
Na profilu Facebook Krainy Planszówek rozegraliśmy partię w Pojedynek robotów (wyd. Egmont). Użytkownicy FB mogli proponować kolejne ruchy, grając przeciw shogiście Wojtkowi Jedynakowi. Zapis przebiegu rozgrywki przedstawiłam w 2 częściach (cz. 1, cz. 2), czas więc na dwuczęściowe podsumowanie. Pierwsze z nich napisała dla Was Karolina Styczyńska, obecny Mistrz Europy w Shogi.
Pomysł na ten wpis zaczął mnie męczyć w momencie, gdy kilka tygodni temu czytałem recenzje Fields of Arle i raz po raz widziałem wtręty lub komentarze w stylu „po co kupować kolejnego Rosenberga, od Agricoli wszystko to to samo” albo „zagraj w jednego Rosenberga, to tak jakbyś zagrał we wszystkie Rosenbergi”. Postanowiłem się z tym stwierdzeniem rozprawić – w tę lub tamtą stronę. Ostrzegam jedynie lojalnie, że stężenie Rosenbergizmu w tym wpisie przekracza wszelkie cywilizowane normy.
Na profilu Facebook Krainy Planszówek codziennie można było wziąć czynny udział w rozgrywce toczonej pomiędzy shogistą Wojtkiem Jedynakiem z Wrocławia, a użytkownikami FB. Rozgrywka dobiegła końca i zwyciężył Wojtek. Przebieg kolejnych rund możecie obejrzeć w tym wpisie.
Umówiłem się niedawno na wieczór z grami. Nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gospodarz wieczoru, niejaki Paweł, ma gust planszówkowy, bym tak rzekł – dokładnie odwrotny do mojego. Do tego stopnia, że stwierdził (tu cytuję): „Ostatnio zagrałem w Lords of Waterdeep, a to prawie euro. Poznaję wroga, żeby go lepiej zwalczać”. Cóż, ani na Rosenberga, ani na GoTa raczej szans nie było, ale znaleźliśmy wspólny mianownik w postaci karcianek – a konkretnie Race for the Galaxy, Innowacje i Na chwałę Rzymu.
Dzisiaj będzie o powtarzalności w grach, ale nie w kontekście regrywalności, tylko w kontekście tego ile jest gier podobnych, bardzo podobnych albo wręcz takich samych. Przy tej ilości tytułów, jakimi jesteśmy zalewani (w momencie pisania tego wpisu prawie 75.500 tytułów na BGG) nie da się uniknąć kopiowania czegoś, co już wcześniej było. Czytaj dalej
W czasie ferii zimowych miałam okazję pograć z dziećmi w przedszkolu w 2 gry ofiarowane dla nich przez wydawnictwo Trefl. Były to 5 sekund Junior i Mistakos. Czytaj dalej
Na profilu Facebook Krainy Planszówek codziennie można wziąć czynny udział w rozgrywce toczonej pomiędzy shogistą Wojtkiem Jedynakiem z Wrocławia, a użytkownikami tego portalu społecznościowego. Za pomysł i realizację odpowiadam sama, a dziś zapraszam do zapoznania się z przebiegiem rozgrywki. Pierwsze 10 rund uzupełniłam zdjęciami ruchów proponowanych przez użytkowników.
Nadzwyczajni to linia zabawek kreatywnych wydana w polskiej wersji językowej przez wydawnictwo Rebel.pl. Składają się na nią obecnie 2 tytuły: Wynalazki i Budynki. Teoretycznie recenzja tego produktu nie przystaje do bloga planszówkowego, ale podobnie jak w przypadku zabawek kreatywnych Koontz od Granny, uznałam, że warto opowiedzieć o tym produkcie. Nie samą planszówką żyje człowiek.
Czas jakiś (spory) temu opisywałem wrażenia z rozgrywki w Nauticusa, którego nabyłem drogą przywiezienia przez kolegę z Essen 2013. W tamtym wpisie stwierdziłem, że Nauticus jest grą poprawną. I tyle. Grało się fajnie, wygląda słodko, ale superhitem nigdy nie będzie. Zdania nie zmieniam, zresztą pozycja w okolicach 1100 w rankingu BGG wydaje się to potwierdzać. W niedawno rozegranej partii wyszła jednak pewna cecha, która powoduje, że do rzeczonego tytułu zaczynam podchodzić z niechętnym szacunkiem.
Marek Mydel sprzedał mi kiedyś niechcący jeden mały trik. Mały ale cholernie ważny trik. Trik, które zmienił całkowicie mój styl gry, trik który wywalił mi granie do góry nogami. Posłuchajcie.
Wokół historycznych gier wojennych narasło troche mitów i legend. Chciałbym wam dziś przybliżyć kilka z nich i sobie o nich podywagować.
Kiedy po raz pierwszy zagrałem w grę strategiczną miałem 12 lat. Sam uzbierałem potrzebną gotówkę, sam te grę kupiłem w składnicy harcerskiej, samodzielnie przygotowałem do rozgrywki – należało wyciąć żetony, nastepnie przeczytałem zasady, rozegrałem kilka potyczek w pojedynkę aby upewnić się, że wszystkie reguły dobrze zrozumiałem. Potem namówiłem ojca na partyjkę, wyjaśniłem mu zasady. Mit obalony?
Nie do końca. Miałem trochę szczęścia. Wydawnictwo Dragon w zasadzie wprowadzało nowy produkt na rynek i zadbało o to, aby gry sygnowane ich logo miały różny stopień trudności. Kreta 1941 należała z pewnością do najłatwiejszych gier. Zasady mieściły się na jakichś 10 stronach.
Sądzę, że wysoki próg wejścia jest mitem, ale mitem które niestety się zmaterializował. Przyczyna jest prosta – Kreta 1941 jest w zasadzie od lat niedostępna i trzeba jasno sobie powiedzieć, że nie pojawił się jej następca. TiS czy inni polscy wydawcy celują w graczy, którzy bakcyla złapali lata temu i dziś brakuje historycznej gry strategicznej, którą bez problemu dwunastoletak może pokazać koledze lub ojcu. W świetle powyższego dzisiejsze gry z gatunku hex”n’counter dostepne po polsku mają wysoki próg wejścia.
Nie będę kruszył kopii – zasady wymagają pewnego zaangażowania. Jednakże trzeba mieć świadomość, że historyczne gry strategiczne to pewien format gier – oczywiście wewnętrznie zróżnicowany, ale wiele z tych gier zbudowanych jest z tych samych lub bardzo podbnych klocków. W konsekwencji, kiedy zagra się w jedną z nich, to tak jakby znało się połowę innych. Kontakt z kolejnym tytułem sprawia, że większość tajemnic gatunku staje się już jasna. Bo tak naprawdę te gry w swojej podstawowej budowie róznią się tylko szczegółami.
Może nie tyle zasad ile przepisów. Jednakże podane są one w bardzo czytelnej i prostej formie paragrafów i podparagrafów. Z tego względu można poruszać się po nich płynnie i w łatwy sposób budować odnośniki. Innymi słowy, zawsze wiesz gdzie w instrukcji jesteś, gdzie szukać ew. odpowiedzi, bo wszystko co się da podzielone jest na podpunkty. Jeśli ktoś grał np. w Arkham Horror to doskonale wie, jakim piekłem może być szukanie zasady w bitym tekście.
Co więcej, rozgrywając scenariusze, które każda z gier hex’n’counter oferuje, zazwyczaj nie musimy korzystać ze wszystkich zasad. Np. w danym scenariuszu nie występuje jakiś rodzaj wojsk, pogoda jest określona i się nie zmieni. Dzięki temu nie koniecznie trzeba wszystko wiedzieć, a poznawanie gry można podzielić sobie na etapy.
Oczywiście zasad jest sporo, ale nie koniecznie trzeba je tak demonizować – znam nowoczesne gry planszowe, w których instrukcje spore kobyły, sądzę więc, że każdy kto potrafi zagrać w Arkham Horror, Strongholda, Starcrafta, Thunder Stone’a czy choćby Grę o Tron poradziłby sobie bez problemu, a w wielu miejscach poczuł po prostu ulgę.
Co się zmieniło przez te 10 lat obecności nowoczesnych gier plasznowych? Obserwuję to wszystko co dzieje się wokół nowoczesnych gier plasznowych od około 10 lat. Ponieważ siedzę niejako w tym procesie po uszy (może ostatnie 3 lata tylko po pas), to w pierwszej chwili wadło mi się, że niezbyt wiele. Jednakże jak się nad tym wszystkim zastanowiłem, to wyszło mi, że zmiana jest kompletna.
Nawet jeśli tak dzisiaj już o tym nie myślę, to wrażenia z tamtych lat są wciąż gorące, i myślę, że nie tylko moje. Polska była planszówkową pustynią, więc wszystko co przypadkiem zazwyczaj trafiło na stół było diamtrealnie rózne od tego co znałem do tej pory i to w najbłahszych elementach. Przede wszystkim wszystko zdawało się ożywczo świeże. Dziś nikogo nie dziwią, a wielu nawet irytują odkrywcze spospoby wyznaczania pierwszego gracza – ale wcześniej były tylko trzy możliwości – najstarszy, najmłodszy, losowy. Kto by pomyślał, że plastikowe pionki – wszystkie podobnego kroju można zastapić drewnianymi kosteczkami, albo fikuśnymi nawet meeplami? Kto by pomyślał, że kostka (tak wiem, dziś przeżywa renesans) zostanie wyparta na rzecz dzisiątków innych mechanizmów?
Inna sprawa, że rzeczywiście pękła wówczas tama i jednym chlustem spłynęły do nas nawarstwione hity z okresu piętnastu lat. Mogłem przebierać w grach jak w ulęgałkach, mogłem na ślepo brać i grać, bo każda gra była rzeczwiście gdzieś hitem o czym świadczyły tajemnicze znaczki na okładkach.
Nie ważne czy była po angielsku albo po niemiecku. Nieważne czy instrukcja składała się z 4, 8, 16 czy 32 stron. Nie wybrzydzałem. Mało kto wybrzydzał. To nawet zadziwiające jak wiele amatorskich tłumaczeń z niemieckiego latało razem z grami po stołach. Inna sprawa, że wiele gier było (ach ta niemiecka finezja) niezależnych językowo i nawet jak się języka nie znało, to ktoś zasady wytłuścił, a rozgrywka nie nastręczała problemów. Jeśli idzie o angielski to było jeszcze łatwiej, moi znajomi byli już po studiach, każdy języka liznął, nawet jeśli ostały mu się tylko umiejętności bierne.
Kto dziś weźmie do ręki niemca? Czyż nie jest tak, że nawet anglika przepchać z trudem? Zaprotestujecie? Też protestuję, ale nie myślę w tym kontkeście o tej naszej starej gwardii, o tych matuzalemach z forum gryplanszowe.pl . Myślę tutaj, o tych wszystkich nowych graczach, którzy dziś mogą na dzień dobry kąpać w polskich tytułach.
10 czy jeszcze 5 lat temu, mogłem w ciemno polecać innym gry, które sam uważałem za dobre, były to jeszcze czasy, gdy planszówkowców ze świecą można było szukać. Dziś kiedy pytam w pracy kolegów czy grali, to większość miała już styk Carcassonne i Catanem, i tym osobom boję się już polecać. Kiedyś jako pewniaka polecałem Puerto Rico – każdemu i do pewnego momentu każdy mi serdecznie dziękował, za udany zakup, za udaną partię. Aż w ktorymś momencie strzeliło i usłyszałem, że instrukcja obszerna, że elementów nazbyt wiele, że wogóle trudna to gra, albo że za długa. Dziś wiele gier przestało być przystępnych.
Zdawało mi się, że są produkowane tak jak mleko, że jest linia drukarska, która poprostu wypuszcza mój ulubiony tytuł z w rytmie. No tak Monopoly jest wieczne, Chińczyk jest wieczny, więc czemu niby z Torres czy El Grande ma być inaczej? Myślałem, że mam na te gry czas. Okazało się, że nie mam. Nigdy jak dotąd w oba tytuły nie grałem. Choć Torres przed laty co tydzień był w moim zasięgu, choć El Grande na każdym Pionku pod ręką. Niestety planszówki się kończą i obawiam, że idą w zapomnienie – oczywiście nie wszystkie, lecz gdzieś tam pośród czasowej zawieruchy giną perełki zastępowane nowymi, lepszymi grami. Część z nich wróci w postaci reprintów, część w postaci wersji 2.0, ale o innych nie wspomni dziś nawet planszówkowy publicysta, bo ma kolejkę nowości, które musi ograć. No może Tom, Sam czy Zee przypomną czasem w dorocznym sprincie na setkę.
Z góry uprzedzam, że w poniższym artykule nie znajdziecie profesjonalnej oceny gry. Główną rolę odegrają dziś emocje, a te bywają „ulotne jak ulotka”. Będę nadużywał trzykropków… pisania kursywą i wykrzykników!…, i uśmiechów:) ULOTNE JAK ULOTKA Któregoś dnia stojąc w korkach i obserwując zza szyb mojej wysłużonej limuzyny ulice miasta, moją uwagę […]