Teksty pisane nie tylko o samych grach, ale również na tematy związane z graniem

Klasyki

Remont ciągle w toku, mam go już dość, ale powoli zmierza ku końcowi, a w miniony weekend udało się nam nawet w coś zagrać. Ostatnio zbiera mnie na wspomnienia (to chyba starość 😉 ), a dwie weekendowe rozgrywki jeszcze to spotęgowały.

Młodsi gracze pewnie nie pamiętają takich czasów, ale kiedyś w sieci trudno było coś znaleźć w języku polskim o grach planszowych. Jedną ze stron, które bardzo miło wspominam, było Gniazdo. Właśnie sprawdziłem, strona dalej istnieje pod adresem: http://nest.republika.pl/ Witryna jest tam już od 13 lat, to bardzo długo, właśnie tam po raz pierwszy przeczytałem o takich klasykach jak Osadnicy z Catanu czy Puerto Rico. Nie bez przyczyny wspominam te dwa tytuły, bo właśnie do nich wróciliśmy w ten weekend.

Czytaj dalej

Łamigłówki – 7 grzechów głównych

Z doświadczenia wiem, że rozwiązywanie łamigłówek przynosi ogromne korzyści. Dzieciom, młodzieży, dorosłym i starszym. Jeśli nadarza się okazja, a mam takie często, podsuwam je wszystkim. Obserwując sposób w jaki ludzie podchodzą do łamigłówek, udało mi się zebrać 7 grzechów głównych popełnianych przy ich rozwiązywaniu. Przeczytajcie, weźcie sobie do serca i więcej nie grzeszcie.

Czytaj dalej

Qwirkle – relacja z mini-turnieju

12 lipca 2013 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Chrzanowie odbył się mini turniej gry Qwirkle dla dzieci w wieku 8-12 lat. Turniej został zorganizowany dzięki uprzejmości wydawnictwa G3, które na ten czas przesłało do biblioteki 4 turniejowe egzemplarze Qwirkle, za co bardzo dziękuję. Podziękowania należą się również wszystkim pracownikom Oddziału dla Dzieci i wolontariuszom – dzięki ich pomocy cały turniej przebiegł bardzo dobrze. A jak było?

Czytaj dalej

Planszówki w kuchni – kuchnia w planszówkach cz.2

Dziś miałam okazję po raz kolejny przeprowadzić wywiad ze znaną już w Opolu blogerką kulinarną. Trzy jej przepisy znalazły się w książce „Z miłości do jedzenia. Najlepsze przepisy polskich blogerów”. Książka ta jest efektem ubiegłorocznej edycji konkursu na Kulinarny Blog Roku. W trakcie rozmowy, którą nagrywałam do godzinnego programu, zauważyłam jak wiele nas łączy.

Ktoś powie: planszówki i gotowanie to dwie różne pasje. W poprzednim wpisie był już mały drogowskaz wskazujący wspólną drogę. Pierwsze podobieństwo to narzekania rodziny na poddawanie jej ciągłym testom. Nie wiem tylko, kto ma większą przyjemność z testowania: rodzina blogera kulinarnego, która zjada czasami trzy obiady dziennie, czy rodzina blogera planszówkowego, której dostarczam kilka rozrywek intelektualnie dziennie?

Kolejne podobieństwo to ciągła obecność aparatu. Chyba w przypadku blogów kulinarnych odgrywa on jeszcze większą rolę. Czasami dobre zdjęcie wystarczy, by nabrać ochoty na daną potrawę. Oczywiście z grami jest podobnie. Nieraz wystarczy kilka zdjęć, by gra znalazła się na naszej wishliście. Zdjęcia to ważny element recenzji. Nie zliczę, ile razy przed grą lub w trakcie prosiłam o przerwę i sięgałam po aparat. Okazało się, że te same problemy ma bloger kulinarny. Na szczęście w przypadku gier, nie ma ryzyka wystygnięcia głównej potrawy.

Od razu nasuwa mi się kolejne podobieństwo. Nie powinno się oceniać książki po okładce…tfuu…gry po pudełku…ewentualnie dania po wyglądzie. Prawda znana od lat, jednak ilu z nas zostało „odrzuconych” od gry ze względu na wygląd? Ile razy byliśmy tak zauroczeni grafiką, że tylko dla niej kupiliśmy grę? Tak samo jest z potrawami. Ile razy skusiłam się na przykład na deser, bo tak ładnie wyglądał na zdjęciu, a potem zostawiałam połowę na talerzu?

Trzeba też przejść do tematu finansów. Bloger kulinarny lubi eksperymentować. Poszukuje różnych smaków. Sięga po egzotyczne składniki. Nierzadko są to rzeczy, za które trzeba trochę zapłacić. Podobnie jest z planszówkami. Gdy wciągniemy się w tę pasję, cały czas chcemy poznawać nowe tytuły. Jeżeli mamy szczęście i w naszym mieście są kluby planszówkowe lub wypożyczalnie, wtedy można poznawać nowe gry bez większych nakładów finansowych. Niestety jeżeli w okolicy nie ma takiej możliwości, a grono znajomych albo nie gra, albo nie inwestuje w planszówki, wtedy sami musimy pokryć koszty naszego hobby. O ile w przypadku gier, będą nam służyć przez dłuższy czas (a jeżeli nie, to możemy je upłynnić na aukcjach, czy na forum), to w przypadku pasji kulinarnej, poczynione nakłady finansowe są po prostu … zjadane.

Kolejna wspólna cecha to kolekcjonowanie. Ktoś zapyta: co można kolekcjonować interesując się gotowaniem? Otóż bardzo dużo: przede wszystkim książki kucharskie i przepisy, które są zapisywane w różnych notesach itp. Następnie akcesoria do gotowania: miski, miseczki, drylownice, wykrawacze, młynki, pojemniki itd. itp. Podobnie jest z grami. Nie tylko kolekcjonujemy pudełka, ale też woreczki strunowe i materiałowe, folie na karty itd. itp.

Na koniec warto wspomnieć o aspekcie społecznym. Zarówno dzięki planszówkom, jak i dzięki gotowaniu, mamy powody do spotkań z rodziną i ze znajomymi. Możemy im albo zaprezentować nowe danie, albo nową grę, a jeszcze lepiej, gdy uda się to połączyć.

PS. Przede mną kolejne kulinarno-planszówkowe spotkanie. Już układam menu. Na pierwszym miejscu są oczywiście gry planszowe. Po raz kolejny na pewno powrócimy do Małego księcia. Jak już ostatnio pisałam, ta gra ma w sobie to Coś, że tak dobrze się przy niej bawimy. Jak do tej pory nie kończyło się na jednej partii. Będą też Piraci. Karaibska flota. Chcemy jeszcze raz wcielić się w ich role i kompletować naszą załogę oraz zdobywać dukaty. Nie zabraknie też nowej gry od Reinera Knizii Bzzz..PLASK. Jestem ciekawa reakcji znajomych, którzy znają już Packę na muchy, a porównanie z tą grą samo się nasuwa. Mam nadzieję, że uda nam się też zagrać w Fincę. Ostatnio często gości na naszym stole. Z pewnością za sprawą ładnego wykonania, sporej ilości drewnianych owoców oraz prostych zasad. Trzeba też odrobinę pokombinować. Rozgrywka bardzo szybko mija, a apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Zdjęcie: www.demotywatory.pl

Weekendowe rozkręcanie metabolizmu

Nie ma co ukrywać, gram mniej niż kiedyś. Jednak kiedy zdarza się okazja, zwłaszcza w połączeniu z dobrym towarzystwem i miłym klimatem domowej nasiadówki to rzucam się do gry jak spragniony do źródła i gram do granic możliwości: mojego lub towarzystwa. W ten weekend była właśnie taka okazja ponieważ odwiedziliśmy naszych przyjaciół Jolę i Wojtka, którzy, podobnie jak my, są fanami gier planszowych. Wojtka  „wc” można nawet określić jako planszowo uzależnionego, ale taka „słabość” w naszym gronie zapewne nie jest czymś rzadkim.

Czytaj dalej

Wśród pętli Puerto Rico

Ostatnio pisałem o mojej przygodzie z Arkham Horror. Wpis skupił się na klimacie i wywołał małą dyskusję, co mnie niezmiernie ucieszyło. Dobrze, że chcemy rozmawiać o grach i bardzo dobrze, że mamy różne poglądy i spojrzenia. Dzisiaj odejdę od tematyki klimatu i skupię się na czymś o wiele ważniejszym – opowiem o game loopach Nie […]

Obcym gier nie pożyczam

Lubię grać. Lubię nosić gry na zajęcia z obcymi ludźmi. Lubię tłumaczyć zasady i patrzeć jak rozgrywki sprawiają ludziom radość. Jednak jest coś czego nie lubię. Tego w jakim stanie wracają niektóre moje gry. Moje ukochane pudła. Moje wypielęgnowane gry, których nigdy nikt z domowników czy przyjaciół nie zniszczył. Nawet mam zaufanie do mojej 4,5 latki, która, choć ćwiczyła ząbki na kartonikach z gry Rodzinki Granny, nigdy nic nie zniszczyła. Zaś obcy…

Czytaj dalej

Netrunner, czyli cyberkowboje na swoich konsolach

Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał…

Android: Netrunner leżał na naszej półce już ładnych kilka miesięcy. Kupiłem go od razu, jak tylko pojawiła się taka możliwość w Polsce, w ramach mojej fascynacji cyberpunkiem. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie swego czasu sztandarowa pozycja tej „subkultury”, czyli książka Neuromancer Williama Gibsona (teraz niestety trąci ona już… myszką), z którego pochodzi zresztą początkowy cytat. . Od tamtej chwili hakerzy, korporacje, cyberprzestrzeń, wypłaszczanie, lód/LOD na dobre zadomowiły się w mojej niewzmocnionej implantami (wtedy i dziś) głowie.

Czytaj dalej

Planszówki w kuchni – kuchnia w planszówkach cz.1

Są osoby, dla których każda gra stanowi świętość i w trakcie rozgrywki nie można jeść, pić, a najlepiej, gdyby panowały sterylne warunki. Są też osoby, które uważają, że z grami, jak z książkami: nie powinny stać na półce, powinny posiadać ślady użytkowania. Wtedy wiadomo, że książka (a w tym przypadku gra) spełnia swoją rolę. Ja jestem pośrodku. Jestem estetką, a więc nie lubię, gdy gra jest przybrudzona, ma zdarte rogi, a karty są pogięte. Uważam jednak, że gra ma sprawiać przyjemność i można sobie zrobić przerwę na jedzenie. Natomiast w trakcie można sięgać po jakieś małe przekąski (oczywiście nie „tłuste” chipsy) oraz spożywać napoje. Stąd też narodziła się w gronie naszych znajomych tradycja umawiania się na ucztę kulinarną i planszówkową.

Chciałabym w tym cyklu wspominać o grach, które nawiązują do jedzenia oraz do gotowania. Chciałabym też pisać o tym, co można przygotować na takie spotkanie planszówkowe. Na początek coś na czasie: czyli szparagi. Wprawdzie sezon powoli przemija, ale jeszcze w niektórych sklepach można je zakupić. Na naszym ostatnim spotkaniu, podczas którego mieliśmy testować gry, akurat one odegrały pierwsze skrzypce. Zostały podane w wersji zapiekanej z sosem holenderskim oraz z potartym serem. Do tego ziemniaczki z koperkiem oraz pyszne udka. Wracając do szparagów, nasza gospodyni zdradziła nam, że nie stosuje się do zasad gotowania szparagów (powinny być gotowane pionowo itd.). Obiera je, kroi na pół, gotuje z dodatkiem soli, cukru i masła. Wyszły smakowicie. Do tego domowej roboty lemoniada. Było też białe wino (do szparagów), koktajl jagodowy (jagody zebrane przez mojego tatę w lesie – za co bardzo dziękuję) oraz babeczki z budyniem, śmietaną i owocami. Krótko mówiąc pycha.

Najpierw zjedliśmy danie główne. Potem zagraliśmy w pierwszy zaplanowany na wieczór tytuł. Budowaliśmy planetę dla „Małego księcia”. Już po raz kolejny ta gra gościła na naszym stole. Jesteśmy pod wrażeniem, że tak prosta planszówka, może sprawiać tyle frajdy. Oczywiście w naszym gronie znalazł się rodzynek, który podkradał płytki i robił nam na złość. Sprawdziłam już tę grę zarówno wśród dzieci, jak i wśród „początkujących” graczy i ani razu nie zawiodłam się. Z czystym sumieniem mogę polecić tę grę jako tytuł do wciągania nowych osób w świat gier.

Po deserze i przerwie na kawę sięgnęliśmy po następną grę. Tym razem byli to „Piraci. Karaibska flota”. Graliśmy w tę planszówkę po pierwszy raz i od razu bardzo spodobała nam się grafika. Śliczne, można nawet powiedzieć „bajkowe”, rysunki. Grało się całkiem przyjemnie. Bardzo szybko opanowaliśmy poszczególne funkcje kart specjalnych.

Na stole pojawiła się też gra ZnajZnak. Młodzież nie wykazała wielkiego zainteresowania. Pokolenie, które jednak pamięta czasy PRL-u (choć gra oczywiście obejmuje też wcześniejszy okres), chętnie przypominało sobie poszczególne symbole i trochę czasu spędziliśmy przy tej grze. Oczywiście cały czas towarzyszyła nam lemionada, która ostudzała emocje rozbudzone w trakcie rozgrywki.Wprawdzie spotkanie było krótkie, jednak miło spędzone. Dziękujemy naszej „gospodyni” za poświęcenie czasu i przygotowanie uczty. Wszystko wyszło smakowicie. Sami powiedzcie – gry wymagają specjalnej oprawy i taką nam właśnie zapewniono.

Zdjęcie: www.demotywatory.pl

Neuroshima Hex 3.0 – czekam na nowe

Na stronie Z-Man Games pojawiły się grafiki do nowego wydania Neuroshimy HEX. Wersja 3.0, jak widać, zupełnie odbiega od tego,  do czego jesteśmy przyzwyczajeni od początku historii NH. Zarówno grafika żetonów, jak i sama plansza uległa całkowitej odmianie.

Na forum gier planszowych trwa dyskusja czy nowy wygląd żetonów jest lepszy, czy też gorszy. Wprawdzie o gustach się nie dyskutuje, ale po raz kolejny uderzyła mnie postawa, o której pisałem już nie raz – gracze (polscy?) nie lubią zmian. Kiedy są do czegoś przyzwyczajeni, to nawet jeżeli coś jest robione w dobrej wierze, to i tak ma szanse zostać odebrane jak zamach na „starych fanów”.

Czytaj dalej

Myśl. Nie graj.

ZnadPlanszy powiększyło się o 3 blogi. Szybkie uderzenie tekstami i już wiemy, że mamy do czynienia z klimaciarzami – widać to tak we wpisach, jak i w notach autorskich. Ponieważ także zaliczam siebie do graczy klimatolubnych (doświadczenie/bagaż erpegowy nie daje się łatwo porzucić), ale Horror w Arkham mnie mierzi, dysonans zmusił mnie do kopania w duszy głąb. Czytaj dalej

Rozstanie z Facebookiem

W sobotę wieczorem opublikowałam ostatni wpis na fan page’u serwisu Games Fanatic. Będę go pamiętać z dwóch powodów. Po pierwsze, była to zapowiedź premier wydawnictwa Portal, na które czekam z niecierpliwością. Po drugie, było to rozstanie z częścią mojego życia. No tak, wypatrywanie newsów, ich selekcja i publikowanie odbywało się w miarę na bieżąco. Miałam taką możliwość i wrosło to w codzienne moje sprawy. Otwierałam oczy i sprawdzałam czy ktoś coś ważnego wrzucił na FB, zanim zamknęłam oczy – to samo. Dzień za dniem, pełne hobbystyczne uzależnienie.

Czytaj dalej

Gry na żywo

teatr_1

W niedziele byłem na spektaklu teatralnym, w którym grało dwóch moich przyjaciół z planszówek. Wystawiana sztuka opowiadała o Opolu i losach jego mieszkańców, miała dosyć autoterapeutyczny charakter. Aktorzy mówili o sobie, więc wiele było o cierpieniu i śmierci – wszak trudno przeżyć życie bez tych doznań, mocno zapadających w pamięci. No bo gdybyś miał wyjść na scenę w prawdziwym teatrze, przed pełną salą prawdziwych widzów, co zapłacili za bilety… i miał powiedzieć jedną rzecz, to co byś powiedział? Pewnie coś ważnego.

I ludzie mówili… W pewnym momencie wątek zszedł na to, co zabraliby ze sobą, idąc w zaświaty. Jedna wzięłaby swoje koty, inna wygodny fotel, ktoś flaszkę bimbru. A Klema powiedział, że chciałby tutaj jak najwięcej zostawić.

Czytaj dalej

Klimatyczna niewiadoma, czyli IMiGW w akcji

Dzisiaj przekonałem się, że jestem dziwnym człowiekiem. No dobra, żartuję, wiedziałem od dawna. Niemniej jednak wpis Maksa na temat klimatu w planszówkach mocno mnie zaskoczył. Po przeczytaniu, skomentowaniu (kolejnym zdziwieniu komentarzem Palmera :P) usiadłem i zrobiłem rachunek sumienia w temacie tego, kiedy uważam grę za klimatyczną i co z tego wynika. Pewnie znowu się okaże, że jestem dziwakiem, ale cóż, taki lajf…

Czytaj dalej

Podłe pudła, albo kartonowych grzechów wyliczenie

Geko narzeka na zbyt duże pudełka planszówek, ponarzekam więc i ja. Od razu zaznaczam, że stopień irytacji powodowany poszczególnymi grzechami zależy od indywidualnych zboczeń.

Nieumiarkowanie w tłoczeniu powietrza

Pudełka mamy różne, kwadratowe i podłużne – można by powiedzieć ignorując sprawdzanie geometrycznej poprawności tego stwierdzenia. Ponarzekać można natomiast na każdy jeden rodzaj. Zgadzam się z Geko, że ilość powietrza pozwalająca przeżyć tydzień pod wodą to zdecydowanie zbyt wiele szczęścia, przynajmniej dopóki lodowce się w końcu nie roztopią – a i wtedy raczej tylko kolekcjonujący planszówki mieszkańcy nizin się ucieszą z troski wydawców. W praktycznie każdej innej sytuacji ten ważniejszy dla ustroju niż woda zapas raczej irytuje niż pomaga. Czytaj dalej

Słowo o grach z klimatem

Dawno temu nieodłączną częścią życia zaangażowanego planszówkowicza było uczestnictwo w niekończącej się dyspucie fanów eurogier i ameritrashów. W sieci, na spotkaniach i konwentach toczyły się regularne boje, gdzie obie strony chciały udowodnić, że ich ulubiony gatunek jest najlepszy. Argumentów było wiele i pewnie każdy je pamięta: fani FFG śmiali się z abstrakcyjności eurogier, a eurogracze wytykali ameritrashowcom miałkość mechanik i przesadzoną produkcję. Ja sam stawałem po stronie “eurodziewczynek” – wciągałem tylko klasyczne eurogry i kijem nie tykałem ameritrashów. W związku z tym byłem wtedy pewien, że klimat gry nie ma dla mnie zupełnie znaczenia i liczy się tylko oryginalna mechanika, najlepiej opierająca się na przejmowaniu terenów.

Czytaj dalej

O co walczymy?

„Ze wszystkich dziedzin działalności ludzkiej, wojna upodabnia się najbardziej do gry w karty”, pisał Karl von Clausewitz w swoim klasycznym dziele „O wojnie”. Johan Huizinga w „Homo ludens” konstatuje: „Walczenie w sensie kulturowym zakłada z góry określone zasady i wymaga, w pewnym stopniu, uznania jego jakości jako gry.” Jeszcze inny autor, Tim Cornell, w „War and Games” stwierdza: „Ogólna myśl wyłaniająca się z rozpraw i prowadzonych dyskusji jest taka, że różne przejawy zrytualizowanej wojny znajdują się w określonych miejscach kontinuum pomiędzy czystą grą, a całkowitą wojną.”

Czytaj dalej

Planszówki, polityka i stojaki…

Było już kilka wpisów o tym, co lubię w planszówkach. Teraz będzie trochę o tym, czego nie lubię. Dowiecie się również, drodzy Czytelnicy, co łączy tytułowe planszówki z polityką i stojakami. Będzie też trochę o kolejnym słowie w naszym hobby, które nie bardzo chce się dać przetłumaczyć na język polski – metagaming. Zapraszam więc do lektury. Czytaj dalej

Pierwsze testy gry

Półtorej dnia zabrało mi przygotowanie mechaniki i prototypu gry o bitwie w Hodowie. Sporo kości K6 z różnymi wynikami na ściankach, karty, plansza i żetony.

Pierwsza partia testowa odbyła się w piątek i graliśmy w 3-osobowym składzie. Gra miała składać się z 6 rund, ale skończyło się na jednej. Podstawowa mechanika to karty akcji, które mamy w ręku. Gracze starają się poruszać swoje wojska i atakować nadciągających tatarów, aby zabić ich jak najwięcej. Dodatkowo każdy gracz ma ukryte cele, dlatego musimy podczas gry koncentrować nasz ogień na konkretnym typie jednostek. Atak oparty jest na kościach sześciennych, na których mamy różne wyniki, w zależności od tego jakimi jednostkami atakujemy. Mniej więcej, czujecie o co chodzi. Pierwsza partia była zupełnie nieudana. Kilka mechanizmów od razu trzeba było wywalić i po weekendzie zabrałem się za poprawki.

Drugą partię testową rozegrałem w poniedziałek i było lepiej, ale pojawiły się inne błędy i problemy z grą. W tej wersji gry, każdy gracz dostawał do ręki 8 kart akcji i w trakcie jednej rundy wykorzystywał je wszystkie. Sam pomysł był ciekawy, ale dawał graczom za dużo swobody i prowadził do „paraliżów decyzyjnych”. Dodatkowo, armia tatarów, cały czas była mało efektywna i nie sprawiała specjalnych problemów polskim obrońcom.

Co dalej? W tym momencie włożyłem już w tą grę naprawdę sporo czasu – można powiedzieć że 2-3 pełne dni. W przypadku niektórych gier, od razu wiem, że chcę iść za ciosem i pomysł szlifować. W przypadku „Obrony Hodowa”, nie mam pojęcia co dalej. Z jednej strony temat gry mnie mocno interesuje, z drugiej strony, boję się inwestować czas w aż tak niepewny projekt.

Tak wyglądają rozterki projektanta.  Nikt mi nie zapłaci za nieudaną grę. Nikt mi nie zapłaci za siedzenie nad grami, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Nie mam wypłaty co miesiąc, czy dniówki za moją pracę. Ktoś może pomyśleć – „przecież to twoja pasja, powinieneś wymyślać gry, bo to lubisz”. Jest w tym sporo racji i takie podejście miałem parę lat temu, gdy na horyzoncie nie było żadnych gier do wydania. Robiłem gry tylko dlatego, że lubiłem to robić. Dzisiaj nadal sprawia mi to wielką przyjemność i frajdę, ale jestem troszkę bardziej pragmatyczny. Wiem, że gra musi iść w kierunku wydania, albo śmietnika. Za dużo mam projektów gier, które trafiły do kilku wydawców, nikomu się nie spodobały i teraz leżą na półce, przypominając mi, czego nie robić.
Dlatego nadal nie wiem co dalej. Na razie odkładam projekt na bok – niech sobie leży i czeka na lepszy pomysł, na lepszy moment. A ja zabieram się za kolejną grę, która czeka w mojej głowie ponad rok. Dojrzewała, zbierała pomysły, które rodziły się podczas grania w inne planszówki i chyba jest już gotowa na pierwsze testy. Zobaczymy jak to będzie tym razem.

Sentinels of the Multiverse, czyli jak nie robić gry kooperacyjnej

Pierwotnie ten wpis miał być recenzją Sentinels of the Multiverse, kooperacyjnej gry karcianej, polegającej na walce grupy superbohaterów z jeszcze bardziej „super” wielkim złym bossem. Jak możecie się domyśleć z tytułu, nie byłaby to recenzja zbyt pochwalna. Podczas rozplanowywania układu wpisu wykombinowałem jednak, że zrobię co innego. Postaram się mianowicie zilustrować pewne zjawisko, a Sentinels posłużą jako idealny materiał do tej ilustracji. Zapraszam więc do lektury… Czytaj dalej